::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • ::> Kronika Parafii Rzymsko-Katolickiej w Lubaczowie 1939-1942

    Część pierwsza  | Część druga  | Część trzecia  | Część czwarta  | Część piąta | | Część szósta  | Część siódma  | Część ósma  | Część dziewiąta  | Część dziesiąta | | Część jedenasta  | Część dwunasta  | Część trzynasta  | Część czternasta |
    Część piętnasta |


    Część pierwsza

         O wojnie z Niemcami zaczęto mówić od marca 1939 r., kiedy to kanclerz Hitler zgłosił pretensje Rzeszy Niemieckiej do Gdańska i Pomorza. Ale wciąż jeszcze zdawało się wszystkim Polakom, że wódz Trzeciej Rzeszy wojny nie zaryzykuje, mając na względzie szumne hasła drukowane na afiszach pożyczki przeciwlotniczej: "Silni, zwarci, gotowi". Przyszłość niedaleka okazała jednak zupełnie cos innego (po klęsce żartowano sobie powszechnie z tego szumnego hasła. Oto jedna próba: "Silni w gębie, zwarci przy żłobie, gotowi do ucieczki", oczywiście miano na myśli rząd i naczelne dowództwo).
         30 sierpnia rozklejono na ulicach naszego miasta pierwsze karty mobilizacyjne - białe. Równocześnie radio i dzienniki doniosły, że Führer zwołał Reichstag. Pod wpływem tego jeszcze w ostatniej chwili zdawało się, że po naradzie z przedstawicielami narodu cofnie się przed wojną. Tymczasem na stacji kolejowej panował niebywały ścisk i ruch. Powołani spieszyli do swych formacyj wojskowych. W kościele również było wiele pracy ze spowiedzią rezerwistów. Już o piątej godzinie i wcześniej penitenci czekali w kościele koło konfesjonałów. Nadszedł historyczny dzień 1 września 1939 r. Zupełnie niespodziewanie ranne dzienniki radiowe doniosły o zbombardowaniu przez lotników niemieckich polskich lotnisk wojskowych niemal na terenie całej Polski. A zatem wojna się rozpoczęła. Wyszły pierwsze zarządzenia wojenne - które wszystkie razem wziąwszy dały dowód, że nikt nawet ze sfer rządowych nie miał pojęcia, jak ta wojna będzie wyglądać. Szczególnie dużo się mówiło o nalotach nieprzyjacielskich i wojnie gazowej.
         W tym też celu nakazano zaciemnianie okien, pogaszono światła na ulicach a w mieście przygotowano cały szereg uszczelnionych schronów przeciwgazowych. Na ulicach pojawiło się cały szereg porządkowych na wypadek nalotu. Było między nimi oczywiście dużo synów Izraela. Nadto począwszy od soboty tj. 2 września syrena przeciwpożarnicza po kilka razy dziennie zaczęła przeraźliwym głosem sygnalizować grożący nalot samolotów nieprzyjacielskich. Na ten sygnał w mieście ustawało życie: wszystko co żyło kryło się w domu, względnie w przygotowanych schronach. Taki stan trwał nieraz i kilka godzin. Sygnały te respektowano przez dwa dni, a po tym już nikt sobie z nich nic nie robił. Wojna więc przez pierwsze dni przedstawiała się w Lubaczowie niemal sielankowo. Dla księży władze wydały specjalne pozwolenie na swobodne chodzenie w czasie alarmu do szpitala i chorych. Były bowiem wypadki że wikary ks. Haas siedział w szpitalu i 4 godziny, nie mogąc się dostać do domu z powodu alarmu. Tymczasem zaczęli napływać do Lubaczowa zwiastuni i świadkowie wojny ewakuowani z terenów objętych wojną. Przyjeżdżały ich całe pociągi - szczególnie ze Śląska i Krakowskiego. Specjalny miejscowy komitet lokował przyjezdnych w okolicznych wioskach. Przyjezdni opowiadali paniczne, a w każdym razie przesadzone wieści o taktyce Niemców wobec ludności Polskiej na terenach zdobytych. Było i między uciekającymi dużo księży, a zwłaszcza kleryków ze wszystkich niemal seminariów duchownych w Krakowie. Wszyscy twierdzili, że Niemcy wszystkich młodych ludzi, nie wyłączając duchownych wcielają do swych szeregów wojskowych i wysyłają na front francuski. Te wieści oczywiście udzielały się i miejscowym młodym księżom, ale mitygował je ks. proboszcz. Najweselszym i pełnym nadziei w tym czasie dniem był 3 września, niedziela, kiedy to tuż po sumie radio doniosło wiadomości o wydaniu wojny Niemcom przez Anglię, a wieczorem i przez Francję. Zapanowało powszechne przekonanie, że wobec takiego obrotu rzeczy klęska Niemiec jest szybka i pewna.
         Tymczasem jednak dzienniki radiowe donosiły coraz to smutniejsze wiadomości o klęsce armii polskiej i o spustoszeniach, jakich dokonało lotnictwo niemieckie. Wkrótce też, bo już w siódmym dniu wojny, przekonał się o tym Lubaczów. Było to w czwartek, dnia 7 września w przeddzień święta Narodzenia Matki Boskiej. Siedziałem w domu i przygotowywałem się do wyjazdu na spowiedź odpustową do Oleszyc. By/a godzina 3.15 po południu. Nagle usłyszałem kilka jednocześnie przeraźliwych detonacyj. Wybiegłem na podwórze plebańskie. Nad miastem unosiło się 6 samolotów niemieckich i bombardowało tereny leżące blisko stacji. W kilku miejscach unosiły się słupy dymu i kurzu od niemieckich bomb. Wśród mieszkańców nastąpiła straszliwa trwoga, niedająca się wprost opisać. Po kilkunastu minutach straszliwe bombowce zniknęły. Ale za pól mniej więcej godziny znowu złowróżebny huk i szum nalotów zwiastował powtórne ich przybycie. Tym razem pojawiło się ich aż 9. Leciały wprosi w stronę kościoła. Siedzieliśmy strwożeni na podwórzu pod drzewami. Znowu jednak. udały się w stronę dworca by tam dalej prowadzić swoją niszczycielską robotę. Skutki tych dwu nalotów byty straszne. Na dworcu poniosło śmierć 4 osoby, na polu koło tartaku [obecne tereny osiedla przy ul. Słowackiego i dworca PKS] został zabity koń i krowa, zostało wybitych mnóstwo szyb, a co najgorsza całe społeczeństwo zostało sterroryzowane i moralnie przygnębione. Tak w ciągu jednej godziny wszyscy doświadczyli na sobie grozy wojny nowoczesnej...

    "Teraz" nr 3, styczeń 1998 r., s. 11


    Część druga

         Dnia tego wieczorem zajechały na plebanią dwa auta z oficerami, a między nimi pułkownik Borowiec. Wszyscy jechali do Lwowa i prosili o posiłek i nocleg. Przy kolacji pułkownik Borowiec rozwiał całkowicie nasze wątpliwości co do przebiegu wojny polsko-niemieckiej. Oświadczył mianowicie, że Polska do wojny nie była kompletnie przygotowaną, że deklarowano u nas szumne hasła, łudząc całe społeczeństwo, a tym czasem lekceważono sobie groźnego przeciwnika i naiwnie marzono o marszu na Berlin. Tymczasem, ciągnął dalej, już został zajęty Kraków i armia polska nie jest w stanie stawić poważniejszego oporu w skutek straszliwej dysproporcji w uzbrojeniu.
         Następny dzień pojechałem rowerem na odpust do Oleszyc. Po drodze widziałem już nie dużo, ale wprost masę ludzi uciekających przed Niemcami na wschód. Widziało się straż celną i policję, starych i młodych oraz dzieci małe. Mknęły szybko auta, wspaniałe limuzyny, motocykle, rowery, jechały fury wyładowane rozmaitymi betami, a wielu zdążało już i piechotą w nieznane na wschód. W dniu tym zaczęli się pokazywać coraz to liczniej i żołnierze liniowi bezwładnie, częstokroć już bez broni uciekający w stronę Rawy Ruskiej i Lwowa. Najbardziej, intrygowały każdego Polaka auta z żonami oficerów i innymi damami, które eskortowali sami oficerowie, porzuciwszy front.
         W Oleszycach nikogo z obcych księży nie było i odpust właściwie się nie odbył. Tam przeżyłem po raz drugi kilka nalotów niemieckich. Raz jechało aż 18 aparatów i ziemia drżała od samego huku motorów. Celem ataku był pociąg wiozący amunicję w stronę Jarosławia, już poprzednio zbombardowany w Lubaczowie. Pociski były celne, pociąg z ładunkiem broni i artylerii został zniszczony. Późnym wieczorem wróciłem do domu wśród huku wybuchających pocisków artyleryjskich zbombardowanego pociągu. Lubaczów w tym dniu był również bombardowany kilka razy. Ale ludność już wczesnym rankiem opuściła miasto i udała się do okolicznych lasów. Na plebanię odtąd zdążała moc ludzi, a zwłaszcza księży i kleryków proszących o nocleg. Tej nocy z wybitniejszych był ks. Dr Śmiowoda [?] b. M. [?] Doc. Uniw. [ersytetu] Jag. [iellońskiego] i prefekt Seminarium Śląskiego oraz ks. Dr Tachowicz [?] prof. Semin. [arium] Duch. [ownego] w Kielchach.
         Przez następne dni już przed wschodem słońca wszystko zdążało do lasu, a niektórzy w ogóle przenieśli się na wieś. W sobotę 9. IX z ks. [Tadeuszem] Lewanderskim, po mszy świętej udałem się na Niwki. Stamtąd obserwowaliśmy już trzecie naloty na Lubaczów, których ofiarą padło znowu kilku zabitych i zniszczonych kilka domów. Na drodze wśród uciekających dosłownie nie było przerwy, a coraz więcej było wśród nich żołnierzy. W mieście jak się okazało panował zupełny chaos. Wszystkie władze potraciły głowę nikt nie pilnował porządku. Już w Lubaczowie zaczęto szykować się do ucieczki. W nocy trudno było usnąć z powodu wzmożonego ruchu cofających się wojsk i uciekających cywilów. W niedzielę 10. IX. sumy nie było, wszystkie msze święte zostały odprawione wczas rano, w obawie przed nalotami. Dnia tego ulegając panice ucieczki wyjechał z Lubaczowa ks. Lewanderski, natomiast ks. [Wiktorowski] Hassowi ks. dziekan [Stanisław Sobczyński] polecił zostać. Nalotów w tym dniu nie było. Natomiast drogami na Rawę Ruską i Niemirów wojsko polskie cofało się całą parą. Dopiero teraz widziało się zupełne rozbicie armii polskiej. Dosłownie ani jednej jednostki bojowej nie widziałem cofającej się w porządku. Wszyscy jednak jeszcze mówili o oporze na linii Sanu. Były to jednak tylko domysły. W poniedziałek przejechały przez miasto resztki uratowanych dział, aut pancernych i taborowych i tankietki. W dniu tym po raz czwarty miasto było bombardowane, ale szkody były stosunkowo nie znaczne. W nocy z niedzieli na poniedziałek wszystkie władze z policją na czele opuściły miasto. porządkiem nikt się nie zaopiekował. Zaczęły się rozbijania i rabunki sklepów żydowskich w rynku. Brali w tym udział i żołnierze. Niektórzy, a raczej bardzo wielu z nich było bardzo głodnych. Wszyscy twierdzili, że od początku wojny w ogóle nie widzieli kuchni. W nocy z poniedziałku na wtorek (11. - 12. IX) rabunki przybrały zastraszające rozmiary. Do miasta ściągnęły ciemne indywidua z pobliskich wiosek, żądne łupu. Ofiarą rabunku padło dwóch zabitych rusinów z Hurcza, przybyłych do miasta na kradzież. Włamano się także do sklepu w domu parafialnym gdzie celnicy cieszyńscy złożyli swe towary oceniane na przeszło 200 tysięcy złotych. Wobec takiego stanu rzeczy ks. Dziekan wszystkie towary rozdał ludziom.
         Wieczorem przybyło na plebanię kilku żołnierzy, którzy oświadczyli, że już jutro będą w Lubaczowie Niemcy. Jakoż rzeczywiście cofanie się polskich wojsk ustało. 12 września nastała względna cisza. Wejście obcych wojsk było pewne.

    "Teraz" nr 4


    Część trzecia

         Wtem około godziny dziesiątej najechały nad miasto samoloty niemieckie i zaczęły bombardować swym utartym zwyczajem. Nalot powtórzył się jeszcze po raz drugi. Spało wówczas najwięcej bomb burzących na miasto. Wiele domów, a między innymi "Czytelnia Polska", zostało zburzonych. Tegoż dnia, tj. 12 IX, około godziny 77 weszło do miasta wojsko niemieckie. Wchodzących żołnierzy witali owacyjnie Ukraińcy, rzucając na nich bukiety z kwiatów. To też wszystkie urzędy miejskie zostały im oddane. Jeszcze zanim zapadł wieczór przejechało przecz Lubaczów dużo wojsk niemieckich w stronę Baszni i Niemirowa. Jechały tylko jednostki zmotoryzowane, do tego stopnia, że żaden żołnierz nie szedł pieszo. Szczególnie imponująco wyglądały tanki i auta pancerne. Ruch wojsk bardzo szybki trwał całą noc i szereg następnych dni. Dopiero za wojskami liniowymi przyjechała ogromna ilość dużych i bardzo pojemnych aut ciężarowych, znakomicie nadających się do masowego i na wielka skalę przygotowanego rabunku ziem polskich. W końcu pojawiły się i wojska konne. Wszystko ciągnęło na Lwów.
         Na plebanii przez kilka dni panował względny spokój. Dopiero 15 IX, w piątek zakwaterowała się kancelaria dywizyjna (Schreibstube), a pod kościołem na cmentarzu ulokowały się warsztaty dywizyjne, umieszczone na autach i kuchnia polowa. Przedstawiało to bardzo niemiły widok, gdy pod kościołem dymiła kuchnia i pracowały warsztaty. Uniknęliśmy natomiast rzeczy gorszej, albowiem Niemcy zaproponowali nocleg w kościele, od czego się wyprosił ks. dziekan Stanisław Sobczyński. Wobec tego zgiełku w niedzielę odprawione zostały tylko Msze św. ciche. Mieszkał w tym czasie na plebanii ks. Tarnowski, katecheta z Balina koło Trzebini, który w ucieczce przed Niemcami dotarł do Baszni i tu się, dowiedział, że Niemcy już drugi dzień są w Lubaczowie. Zawrócił więc skonfundowany i przeczekał w Lubaczowie około dziesięć dni na powrót.
         Dnia 17 września, w niedzielę wieczorem radio podało straszną wiadomość, że wojska sowieckie przekroczyły granice Polski i szybkim pochodem zajmują województwa wschodnie. Zaczęły się dni pełnego niepokoju oczekiwania. Niemcy wpierw twierdzili, że sowieci zajmują tereny po Bug, a potem oświadczyli, że aż po San. Tymczasem żołnierze niemieccy codziennie przeprowadzali przez Lubaczów tysiączne zastępy jeńców polskich, których zgłodniałych i wycieńczonych transportowano pociągami na zachód. Niektórzy żołdacy nie pozwalali podać jeńcom nawet chleba i wody. Równocześnie na zachód ruszyła powtórna fala uciekinierów. Znowu więc przesunęły się przez plebanię dziesiątki a nawet i setki osób. Na nocleg ks. Dziekan Stanisław Sobczyński wyznaczył trzy pokoje, gdzie stałe przez kilka tygodni leżała słoma. Żołnierze niemieccy względem ludności chrześcijańskiej postępowali dość oględnie, natomiast szkołę dawali ludności żydowskiej. Zaraz pierwszej nocy spalili starą synagogę i w kilka dni nową. Również ofiarą ich podpalenia padł jeden dom żydowski ze składem zboża, oraz zostało rozbitych i zrabowanych kilka zachowanych sklepów. Żydzi też byli używani do robienia porządków w całym mieście, nie wyłączając koszar, szpitala i placu przed kościołem. Wobec takiego stanu rzeczy żydzi kryli się po domach i mało kto wyglądał na ulicę.
         Pobyt wojsk niemieckich w Lubaczowie trwał równo dwa tygodnie. 26 IX we wtorek wyjechało ostatnie auto niemieckie. Tego dnia po południu przejechało przez Lubaczów pierwsze sowieckie auto pancerne. Ukraińcy w magistracie przygotowali już sobie czerwone opaski i czerwoną chorągiew komunistyczną na powitanie nowych wojsk (ci zawsze są gotowi wszystkich witać, taka ich nieszlachetna natura).
         Dnia 27 IX we środę we wczesnych godzinach rannych wojska sowieckie wkroczyły do Lubaczowa i posuwały się w stronę Oleszyc i Cieszanowa. Ogólnie żołnierze sowieccy prezentowali się marnie, natomiast ilością motorów dorównywali Niemcom. Pochód ich również był bardzo szybki. Jechali dniem i nocą. Żołnierze do domów nie wstępowali w ogóle. Wśród ludności chrześcijańskiej zapanowało ogólne przygnębienie. Natomiast radość ogarnęła Jewrejów. Zaczęły też ściągać ich liczne rzesze z krajów zajętych przez wojska niemieckie. W mieście straż objęła milicja żydowska. Ta zajęła się rozmiesz-czaniem uciekinierów żydowskich. Umieszczono ich m. in. w domu parafialnym i na plebani. Tymczasem obserwowano na każdym kroku gości ze Wschodu, głoszących, że przyszli oswobodzić tutejszą ludność od ucisku "panów, burżujów i kapitalistów" Przede wszystkim byli bardzo brudni, i źle odziani. Chciwie wykupywali każdy towar jaki tylko jeszcze pozostał w sklepach. Kupowali rzeczy, nie mając częstokroć z nich użytku. Szczególnie polowali wprost za zegarkami. Każdy gruchot byle się tylko nieco ruszał znajdował chętnego nabywcę. Przy tym wszystkim zaś głosili istne hymny pochwalne o szczęśliwym i dostatnim życiu w Związku Radzieckim.

    "Teraz" nr 5


    Część czwarta

         Po kilku tygodniach zauważyliśmy, jak gdyby bolszewicy zaczęli się wycofywać. Szosą z Cieszanowa, Oleszyc dniem i nocą znowu ciągnęły oddziały wojskowe w stronę Lwowa. Niestety radość była przedwczesna. Jak się okazało z gazet, nastąpiło rozgraniczenie wpływów niemiecko-rosyjskich i z niektórych terenów musieli bolszewicy ustąpić.
         Nastąpiło wy-yczenie granicy. Linia ta wciąż się wahała. Początkowo stał żołnierz graniczny na moście tuż za szpitalem, ale z czasem przesunięto punkt graniczny do Dachnowa, a w końcu pod sam Cieszanów. Tak więc Lubaczów pozostał grodem kresowym olbrzymiego imperium sięgającego aż po Władywostok i Cieśninę Beringa. Gdy granica chwilowo przechodziła przez Dachnów, pojechałem rowerem do Cieszanowa, który z powrotem znalazł się pod okupacją niemiecką. Jechałem stamtąd z życzeniem, abyśmy również jak najszybciej zostali uwolnieni od nieproszonych "oswobodzicieli". Z drżeniem też i niepewnością oczekiwano jak też będą wyglądać nowe rządy a szczególnie jaki będzie stosunek reżimu do religii. Niedługo trzeba było na to czekać. Najpierw usunięto religię i wszelkie emblematy religijne ze szkoły. 16 października nagle bez uprzedniej zapowiedzi usunięto siostry i sieroty z ochronki i przeniesiono do kamienicy obok apteki, a po krótkim czasie w ogóle odebrano zakonnicom wychowywanie, powierzając dzieci opiece ciemnych indywiduów, częstokroć ulicznic.
         W tym też dniu wrócił z długiej wędrówki ks. T. Lewanderski, jak się okazało lepiej było siedzieć w domu, niźli poniewierać się na uciekinierce. Po krótki pobycie w Lubaczowie przeniósł się do Baszni Dolnej, gdzie dzielnie zabrał się do urządzania nowopowstałej placówki duszpasterskiej. Tymczasem, aby ukoronować oswobodzenie urządzono wybory "wolne", w których mieszkańcy "entuzjastycznie" głosowali za przyłączeniem do Związku Radzieckiego. Wybory odbyły się w niedzielę 22 października. Wprawdzie były wolne i dobrowolne, ale policjanci chodzili po domach i przypominali obywatelom aby skorzystali z tego wielkiego ich przywileju.      Z chwilą gdy granica została definitywnie ustalona na plebanię zaczęli zjeżdżać nowi goście. Byli to ci wszyscy którzy nie chcieli być już za życia w raju i zdążali pod opiekę diabła ubranego na czarno, o manierach więcej kulturalnych. Gościli więc w tym czasie na plebanii: prowincjał oo. Karmelitów Bosych z Krako-wa, o. Andrasz T.J., o. Antoniewicz T.J., Wesołowski, profesor UJ, ks. Matejkiewicz, dziekan polowy korpusu lwowskiego, który wiózł dzielnie aż trzy fury wyładowane bagażami, a w końcu jako jeden z ostatnich o. Lohn T.J., prowincjał Małopolski. Wszyscy ci po chwilowym pobycie w Lubaczowie, pod opieką umówionych przewodników przedzierali się na drugą stronę. Po odjeździe tych ostatnich pleba-nia na chwilę odzyskała spokój. Ale nie na długo. Przybyli nowi goście a mianowicie oficerowie sowieccy rozlokowani w mieście na kwaterach. Dziwna rzecz że w rozmowie pierwsi poruszali tematy religijne. A okazywali w tych rozmowach straszliwą ignorancję i niezwykle niską inteligencję. Wciąż na ustach mieli oklepane komunały w kwestii istnienia Boga i pochodzenia człowieka. Nie za długo za wojskiem nadciągnęły z Rosji całe rzesze żon i dzieci wojskowych. W mieście, a więc i na plebanii wszystkie możliwe pokoje, pokoiki i wszelkie klitki zostały zajęte na kwatery. Na ulicy dominujący stał się język rosyjski. Nadciągnęła w końcu i policja polityczna NKWD, która rozpoczęła swą pracę od masowych aresztowań byłej policji polskiej i wojskowych. Zapanowało ogólne przygnębienie. Ale przy tym wszystkim było dziwne przekonanie, że "tak jeszcze nie będzie". Ta nadzieja wzrastała, gdy wybuchła z początkiem grudnia wojna rosyjsko-fińska.
         Opowiadano przy tym o rzekomym przygotowaniom przeciw wojskom sowieckich na Węgrzech i w Rumunii. W ogóle patrzono w przyszłość równo, a szczególnie wiele liczono na nadchodzącą wiosnę. Praca czysto kościelna odbywała się na razie zupełnie spokojnie. Tylko jak się dowiedzieliśmy później, specjalnie nasłani ludzie mieli donosić organom policyjnym treść kazań. Dzieci szkolne pobierały naukę religii w kościele po południu. Młodzież natomiast starszą, gimnazjalną gromadził ks. Wiktor Haas, co wzbudziło podejrzenie policji i raz nawet w grudniu niespodzianie wpadł na lekcje odbywającą się w prywatnym mieszkaniu szpieg przypatrujący wszystko z ulicy.
         Święta Bożego Narodzenia minęły spokojnie, tylko w samą wigilię został aresztowany organista (już po raz drugi) i przez cały okres świąteczny przesiedział w więzieniu.

    "Teraz" nr 6


    Część piąta

         Rok ten właściwie był na naszym terenie rokiem spokoju, w którym bolszewicy umacniali swe panowanie głosząc, że po wsze czasy biorą w opiekę mieszkańców "Zachodniej Ukrainy".
         Wraz z nowym rokiem przybył do parafii lubaczowskiej jeszcze jeden pracownik w osobie ks. Adama Rocza, który z powodu Ukraińców musiał opuścić swą parafię Mieczyszczów koło Brzeżan i przybrał sobie nazwisko Franciszek Malinowski. Przyjechał do Lubaczowa w nocy i na plebanii przez omyłkę zastukał do mieszkania oficera sowieckiego, a usłyszawszy głos rosyjski skrył się w szopie i tam mimo silnego mrozu przesiedział do rana. Po południu odjechał na swą nową placówkę do Krowicy Samej, gdzie sprawował funkcje duszpasterskie przy tamtejszym kościółku filialnym, jako kooperator lubaczowski.
         W mieście brakowało tej zimy towarów pierwszej potrzeby, a jeśli się jakie pojawiały, to mieszkańcy musieli całymi godzinami czekać w ogonku zanim coś wydostali ze sklepu. Częstokroć już o 5-tej godzinie rano i wcześniej gromadzono się przed sklepami.
         Pod wpływem bliskości granicy wielu żołnierzy sowieckich z garnizonu lubaczowskiego porzucało szeregi i uciekało pod okupację niemiecką. Pewnej nocy policja wojskowa rewidowała każdy dom, szukając zbiegłych żołnierzy. W związku z tymi wypadkami padły ofiarą dwie pielęgniarki ze szpitala, ze zgromadzenia SS. Józefitek. Mianowicie leczącym się tam ambulatoryjnie trzem żołnierzom dały prześcieradła, aby w nie owinięci łatwiej mogli przejść granicę. Nawiasem mówiąc jeden z nich kilka dni wcześniej złożył wyznanie wiary na moje ręce i przystąpił do sakramentów św. Nieszczęście chciało, że w czasie ucieczki natknęli się na patrol graniczny. Jeden z nich został zabity, drugi ciężko ranny, a trzeciego schwytano zdrowego. Ten ostatni, aby ratować się przed grożącą mu śmiercią za dezercję oskarżył, że siostry ich namówiły do ucieczki. Wobec tego na następny dzień tj. 24 I) zostały aresztowane i osadzone w więzieniu koło sadu. Przebieg sądowy wziął szybki obrót i już po kilku dniach ogłoszono wyrok. Jedna została skazana na dziesięć, a druga na sześć lat więzienia. Z kolei zostały wywiezione do Lwowa, a następnie w głąb Rosji.
         Właściwie jednak do lutego nie bardzo jeszcze dawał się odczuwać bolszewicki reżim. Wielu ludzi otrzymało pracę, nawet dość dobrze płatną, zaczęły się pojawiać niektóre towary, tak, że zdawało się, iż jakoś się wojnę przeżyje. Aż oto nagle w początkach lutego (10 i 11) bolszewicy pokazali, co potrafią. Nastąpił pierwszy wywóz ludzi z terenów okupacyjnych w głąb Rosji.
         Dotychczas nawet mało kto przypuszczał, że coś podobnego może być możliwe, że można kogoś gwałtem i niespodzianie oderwać od rodzinnej ziemi, kazać mu w jednej chwili opuścić cały majątek i jechać w nieznane na nędzę i tułaczkę. To wszystko jednak stało się przeraźliwą w swej grozie rzeczywistością.
         Ofiarą pierwszej branki padli koloniści i funkcjonariusze leśni. Z parafii przed lubaczowskiej wywieziono mieszkańców kolonii Hryńków (którzy z powodu granicy zostali odcięci od Cieszanowa), Jachyma z żoną - leśnego z Krowicy (syn ich zdołał zbiec) i doktora Kruczka, sekundariusza szpitala, który również jak się potem okazało zbiegł w drodze. Kolonistów eskortowało do pociągu wojsko z karabinami, jak jakichś zbrodniarzy. Całe mienie zrabowali ukraińscy milicjanci, którzy właściwie byli inspiratorami tej tragedii. Akuratnie w tych dniach panował niezwykły mróz, dochodzący do 30°C. I w takie to zimno wleczono bezbronną ludność do stacji, gdzie czekały towarowe i bydlęce pociągi. Pod wpływem tych wypadków zapanowało niezwykle przygnębienie, Równocześnie nastąpiły liczne aresztowania podejrzanych o udział w tajnych organizacjach. Oczywiście takowa w Lubaczowie była. Na nieszczęście zabrali się do tego ludzie zupełnie nieodpowiedzialni, a szczególnie nie umiejący zachować sekretu. Takim się okazał A. B., który niewątpliwie został sprawcą wielu nieszczęść. Nie wiadomo przez kogo delegowany zaczął pracę w Lubaczowie od księży wikarych, usiłując koniecznie wciągnąć ich do organizacji. Ci się jednakowoż temu oparli. Wciągnął natomiast w swe sieci wiele młodzieży szkolnej. Powoli nawet uliczne przekupki zaczęły między sobą gwarzyć, że istnieje tajna organizacja. Wszyscy mieszkańcy Lubaczowa byliby ucierpieli przez nieroztropność A. B.. On przed końcem lutego oznajmił członkom, że rzekomo otrzymał tajny rozkaz ze Lwowa o mającym się zacząć powstaniu. Oczywiście byłoby to wywołało nieobliczalne skutki, gdyby nie roztropność innych członków. Kres wszystkiemu położyły liczne aresztowania. Jaka panowała panika pod wpływem tych aresztowań świadczy następujący fakt. Oto w pierwszą niedzielę postu ktoś poufnie doniósł księdzu Dziekanowi, że mam być na pewno aresztowany i wywieziony. Po nieszporach więc również poufnie oznajmił mi to proboszcz i poradził natychmiast uciekać w kierunku Cieszanowa. Rozważywszy jednak, że aresztowanie jest niepewne, a poniewierka pewna, nie usłuchałem rady, tylko dla bezpieczeństwa przez kilka nocy przespałem się u Michała Zathey'a. Powodem przypuszczalnego aresztowania miało być to, że w szpitalu w dwóch wypadkach przyjąłem wyznanie wiary chorych żołnierzy sowieckich prawosławnych.

    "Teraz" nr 7


    Część szósta

         W marcu z plebanii wyniosły się rodziny oficerskie, a na ich miejsce wprowadził się urząd leśny. Wszystkie możliwe lokale zostały zajęte, a nawet czyniono zakusy na pokój księdza Wiktora Haasa, który jednakże dzielnie tym panom się oparł. Odtąd około plebanii panuje niezwykły ruch. W każdym niemal kąciku siedział urzędnik, co dawało nam obraz biurokracji sowieckiej.
         Święta wielkanocne zostały urozmaicone drugimi wolnymi wyborami jakowychś tam delegatów do rady sowieckiej. Nastąpił chwilowy spokój, który został przerwany drugim wywozem ludności. Tym razem ofiarą padli członkowie rodzin oficerskich, policyjnych i zamożniejszych urzędników. Zostali wiec wywiezieni Bauerowie, rodzina kapitana Zawadowsiaego, piekarza Białozorskiego, Kosiorowie -z Ostrowca i inni. Wywóz miał miejsce w nocy z 12 na 13 kwietnia. W najbliższą niedzielę akuratnie przypadała ewangelia, w której zawarte byty słowa Jezusowe: "Świat się będzie weselił, a wy płakać będziecie". I rzeczywiście na wielu twarzach widać było łzy, świadczące o niesłychanym przygnębieniu. Od tej pory padł strach na inteligencję. Wiele rodzin urzędniczych Lubaczów opuściło. Pozostali zaś zaczęli się ukrywać, zmieniając w nocy miejsce spoczynku. Nieraz widziałem wieczorem poważnych obywateli z zawiniątkiem pod pachą zdążających na spoczynek, aby "zmylić pogonie".
         Śród takiego nastroju przypadło tak zwane "święto pierwszego maja". Cały rynek umajono na czerwono. Przemarszom me było końca. Z miasta i okolicznych wiosek spędzono tysiące ludzi, ustawiano szeregi i kazano defilować przed trybuną. Nawet trzy siostry Józefitki, pracujące w szpitalu, brały czynny udział w tej manifestacji. Po południu odbyły się liczne libacje, rzęsiście okrapiane alkoholem. Jedna z takich zabaw odbyła się na plebani. Do późna wieczór grzmiały pijackie okrzyki przy wtórze muzyki. Zapewne mury czcigodnej i starej plebani tego jeszcze nigdy nie przeżywały.
         Po pierwszym maja nastąpiły dalsze zarządzenia. Wszędzie usunięto napisy polskie. Dom katolicki znacjonalizowano i założono w nim hurtownię towarową. 4 maja zabrano z urzędu parafialnego księgi metrykalne. Powstał specjalny urząd stanu cywilnego z siedzibą w domu aptecznym.
    Z     aczęły się nadto coraz częściej zdarzać wypadki, że żołnierze sowieccy wchodzili do kościoła, tylko znikoma ich ilość zachowywała się przyzwoicie.. Większość wchodziła w czapkach, z głupkowato uśmiechniętą miną. Nawet jakiś osobnik pijany zbliżył się do tabernakulum i usiłował je otworzyć. Spostrzegła to klęczącą przed ołtarzem jedna z sióstr Albertynek. Zerwała bolszewikowi czapkę z głowy, chwyciła go za kołnierz i strąciła ze stopni. To dodało odwagi obecnym w kościele osobom, które wyrzuciły intruza z kościoła.
         Zbliżył się dzień odpustu parafialnego, uroczystość świętych apostołów Piotra i Pawła. Wstaję rano i dowiaduję się, że w nocy miał miejsce trzeci już z rzędu wywóz, tym razem uchwycili się bolszewicy podstępu. Ostatnio przez kilka tygodni wcześniej urzędowała komisja, do której mieli się zgłaszać ci wszyscy, którzy chcieli wyjechać pod okupację niemiecką. Oczywiście zgłoszeń było bardzo dużo. Poczyniono sobie dokładne spisy i bardzo pilnie wypytywano o miejsce zamieszkania. l akuratnie tych wszystkich aresztowano i wywieziono do Kraju Ałtajskiego. Między innymi wywieziono także dwie siostry Józefitki, które pragnęły powrócić na czas wojny do swych rodzin. W dziesięć dni później nastąpiła czwarta branka. Wywieziono wszystkich uciekinierów, czyli tak zwanych bieżeńców z zachodu. 15 lipca zlikwidowano zupełnie ochronkę i dzieci wywieziono z Lubaczowa gdzieś pod Lwów.      Wciągu wakacji odbywały się w Lubaczowie kursy dla nauczycielstwa, pełne wykładów antyreligijnych. Najprzykrzejszym było to, że i katolicy zabierali w tym głos. l tak były nauczyciel gminny Marków, wygłosił odczyt na temat. że Bóg jest ideą wymyśloną przez ludzi. Lipiński znowuż publicznie się chwalił, że nigdy nie był praktykującym katolikiem. Jakiekolwiek były zamiary tych ludzi zawsze wywoływało to zgorszenie wśród uczestników kursu.
         Z nowym rokiem szkolnym zakazano nauczycielstwu uczęszczać do kościoła. Lekcje religii jednakowoż dalej odbywałem wespół z księdzem Wiktorem Haasem w godzinach popołudniowych w kościele.
         Dnia 17 września uroczyście obchodzono pamiątkę "wyzwolenia" Zachodniej Ukrainy spod jarzma panów polskich. Na pamiątkę tego zdarzenia odsłonięto na rynku pomnik Lenina odlany z gipsu. Twórca bolszewizmu z mefistofelesowym uśmiechem wyciągał ręce, jak zwykł to był czynić w czasie swych mów demagogicznych. Październik przyniósł już od dawna oczekiwane podatki kościelne, które dzięki p. Przybykowi były stosunkowo nieznaczne. l tak podatek za kościół wynosił 1450 rb., każdy natomiast z księży miał wpłacać dochodowego 1920 rb. Było to stosunkowo niedużo w porównaniu z probosz-czem greckokatolickim. który płacił 11 000 rb. 24 listopada zostało odprawione nabożeństwo o sprawiedliwy pokój nakazane przez Ojca Świętego drogą radiową. Udział parafian był liczny. NKWD zaczęło śledzić działalność księży. Specjalni konfidenci mieli na każdym niemal kroku donosić policji. Jednym z nich miał być organista Jagodziński, który zresztą o wszystkim informował księży.
         Nadeszła zima równie sroga, jak uprzednia. Wszystko to jednak łagodziły nadzieje związane jak zwykle z nadejść mającą wiosną.

    M. K Brusno Nowe 22 1 1942.
    "Teraz" nr 8


    Część siódma

         Incydent na kazaniu sylwestrowym.
         Nadchodzący rok zaczyna się pod znakiem dość humorystycznym, gdy w pełni nasilenia modlitewnego, podczas nabożeństwa na zakończenia roku ze słowami kaznodziei, ks. Florkowa, splata się egzaltowany krzyk jednego z mieszczan tutejszych. Treścią jego jest aprobata twierdzeń kaznodziei o ręce Bożej, działającej wśród nas dziwnie i skutecznie zarazem, ale sposób wypowiedzenia tego słusznego zresztą sądu jest tak niepowszedni, że jedni czerpią stąd podnietę do pokuty, inni zaś litują się nad naderwaną równowagą duchową wpół kaznodziei sylwestrowego.

         Zima...
         Zima upływa na ogól jednostajnie, ożywiona jak zawsze dość licznymi odwiedzinami księży okolicznych, szczególnie w poniedziałki, jako w dni targowe. Wtedy to rozszerzają się poglądy niejednego, wybiegając poza najbliższy teren swojej pracy, wymienia się doświadczenia, krzepi wzajemnie widokiem lepszej przyszłości.

         Zrewolucjonizowana gospodyni.
    Naszej gospodyni także udzieliła się atmosfera rewolucyjna. Nie mogąc uzgodnić toru swojej gospodarki z księdzem Dziekanem, blokuje gospodarstwo przy pomocy miejscowych władz sowieckich. Wreszcie pod naporem opinii miejscowej usuwa się do Rawy, a miejsce jej zajmuje zakonnica, służebniczka NMP ze Starej Wsi. przebywająca obecnie w domu z powodu likwidacji domu zakonnego w Białce Szlacheckiej.

         Zmiana wikarego w Lubaczowie.
         Przedwiośnie przynosi ze sobą zmiany. Mianowicie dnia 19 III, w sam dzień św. Józefa odjeżdża do Brusna na stanowisko administratora dotychczasowy wikary lubaczowski, ks. Marian Florków. Miejsce jego zajmuje ks. Wiktor Płonczyński, wikary z Jeziornej koło Zborowa, pochodzący ze wspomnianego Brusna.

         Wielki Post - Rekolekcje.
         Wielki Post upływa w intensywnej pracy duszpasterskiej, okraszonej dwiema seriami rekolekcji, z których dla dzieci klas młodszych prowadzi nowo przybyły ks. Płonczyński, a dla starszej młodzieży wieczorem ks. Wiktor Haas Gorzkie Żale, jak zawsze, skupiają spory tłum wiernych - rozważania prowadzi od swego przyjazdu także ks. Płonczyński.

         Wielkanoc.
         Miłe i tchnące wielowiekową przeszłością obrzędy wielkopostne, a w szczególności Wielkiego Tygodnia, wieńczy promienny urokiem łaski i natury porannej wielkanocny z pełną duchowego wesela rezurekcją. Nie jest to jednak jeszcze pełne zmartwychwstanie...

         Pierwsza Komunia Święta.
         Święta wielkanocne otwierają cykl przygotowania dzieci do Pierwszej Komunii Świętej, co przeprowadza w roku bieżącym ks. Płonczyński. Niedziela Świętej Trójcy przysparza Chrystusowi nową garstkę Jego miłośników, których czasy współczesne nie liczą zbyt wielu.

         Zapowiedź zmiany.
         Czas rwie naprzód niepowstrzymanym strumieniem, ale w powietrzu dają się niejako odczuwać pierwsze powiewy nowych prądów; coraz silniej dźwięczy w uszach jeden wyraz: "zmiana".

         Pozory.
         Pozornie regime się wzmaga - majowe rocznice rewolucyjne silą się na zagłuszenie obchodami, wykładami i zabawami podenerwowania, jakie daje się bardziej krytycznym obserwatorom coraz bardziej dostrzec.

    "Teraz" nr 15, styczeń 1999


    Część ósma

         Pożyczka.
         W tym właśnie czasie przeżywano wydarzenie, które w sposób nader kunsztowny ukazuje starcie się urzędowego i interesownego zakłamania jednych, z ufną w słuszność swoich przekonań stałością drugiej strony jego uczestników.
         Wygląd agitatorów.
         Pewnego majowego przedpołudnia pracujemy obaj w swoich pokojach wikariuszowskich. Po ostrym zapukaniu i uchylającym wszelkie zapory pytająco przekonywującym haśle: "Można ?" wchodzi do mego pokoju towarzystwo złożone z kobiety o twarzy inteligentnej, co godne jest szczególnej wzmianki i mężczyzny, którego wygląd o wiele więcej kojarzył się z pojęciem znanym miejscowej przystani pesymistów "Drei Marie". aniżeli miał znamionować przedstawiciela najwartościowszego zespołu obywateli "Radiańskiego Sojuza". którzy z własnej inicjatywy zabiegają o dobro państwa, o czym niżej.
         Zagajenie sprawy pożyczki...
         Po obopólnej wymianie pozdrowień, której pogodna i "dyskretna" atmosfera skłoniła do przyjścia drugiego ks. wikariusza, nastąpiło zagajenie sprawy. Otóż, jak możemy się spodziewać (ale myśmy nie chcieli się spodziewać, bo inaczej nie byłoby nas w domu), wymienione wyżej "towarzystwo" przyszło zaszczycić nas, przez to, że dają nam sposobność okazania się dobrymi obywatelami, skoro poprzemy swoim- udziałem państwową pożyczkę obronną...
         ... i jej uzasadnienie.
         Oczywiście, zdaniem naszych rozmówców trudno przypuścić, aby w kwitnącym Związku Sowieckim, słynącym przecież z życzliwej opieki dla wszelkiej religii, "ksiądzy" mieli się liczyć do warstw uboższych. choćby jednak i tak mogło się ostatecznie zdarzyć, toć przecież uznanie wspólnego interesu przez osoby wykształcone zdolne jest nawet z niczego wykrzesać ot drobnostkę, 500 rubli (styp. mszalne w tym czasie 5-15 rb.), Nasi "goście" nie krępowali się "drobnemi" nieścisłościami logicznemi w swoich rozumowaniach, które dzięki swoistemu konglomeratowi wyrazów rosyjskich, ruskich i polskich w cale nie zyskiwały na wyrazistości, zresztą na poprzek możliwej krytyce stanęła twardo zasada, że obojętny (czytaj: nic nie płacący) w referowanej przez nich sprawie nie różni się od zdrajcy i los jego przyszły zgoła nie przypomina zawrotnej kariery Forda, czy Margana, czy leż przynajmniej spokojnego do niedawna kulturalnych państw przedwojennych. Uprzednie wieki bohaterskich zmagań się z Pohańcami wzbogaciły naszą mowę gniewną o świetny wyraz na to pojęcie: miało nam być "kęsim" , o ile nie pójdziemy po linii obojga "towarzystwa".
         Co my możemy dać ?
         W odpowiedzi zamiast odwzajemnić się podobnie "przekonywującymi" wywodami przedstawiliśmy im spokojnie położenie księży w Z. S. S. R., a w szczególności nasze warunki bytu i doszliśmy do wniosku, że nasza rozmowa staje się dla obu stron bezprzedmiotowa, bo my nic nie mamy do ofiarowania państwu. Odpowiedź ta, wręcz odmienna od tonu naszych oferentów, wprowadziła ich w kłopot, starannie pokrywany obfitym zasobem frazesów w bogatej skali od czułych i wielkodusznych zachęt do naiwnie zredagowanych pogróżek.
         Ofensywa kłamstwa.
         Ruszyły w bój ciężkie jednostki... A więc naprzód odwieczna broń wszelkiej podłości: kłamstwo. Twierdzą więc, że przysłał ich do nas ks. Dziekan [Ks. Stanisław Sobczyński], każąc się od nas spodziewać poparcia dla ich akcji. W toku nie krótkiej, bo trwającej około 4 godzin dyskusji, udało się sprytnie i to sprawdzić, a ustalona w ten sposób prawdziwa kwota, zadeklarowana przez ks. Dziekana, posłużyła nam za walny argument, przynajmniej w ocenie własnej roztropności, że nasza pozycja w tym już została uwzględniona.
         Po niepowodzeniu ofensyw kłamstwa kolej na zachęty. Toć przecież Z. S. S. R. takie władne czyni zaszczyt obywatelowi, dopuszczając go drogą zadeklarowania przynajmniej pożyczki do współudziału u swoim życiu i budowaniu lepszej przyszłości świata. Duma będzie kiedyś rozpierała wszystkich dobrych obywateli, skoro zobaczy się, jak też wspomniane państwo wykorzystało świadczenia swoich poddanych. wzrastając w mocy wewnątrz i na zewnątrz.

    "Teraz" nr 16, luty 1999, s. 3


    Część dziewiąta

         Może zachęta pomoże... ?
         Po takim przedstawieniu sprawy uznaliśmy się jednak za niedojrzałych, a może niegodnych, do tak szczytnego zrealizowania zasad służby państwu, trwając na niezmiennym stanowisku, że choćby się i tak rzeczy miały, to my nic nie damy ponieważ własnych pieniędzy nie posiadamy na natychmiastową wpłatę pożyczki, a na spodziewanych dochodach, jako ofiarach nic budować nie możemy. Taca kościelna z naszymi dochodami nie ma nic wspólnego.
         Może się ulitujemy nad Z. S. S. R...?
         Skoro nie odezwała się w nas ambicja, to może przynajmniej obudzi się litość. Nowy więc akt rozmowy przedstawia nam raj wszystkich pracujących, zagrożonych przez chciwych sąsiadów. Zewsząd dybią na cichutkie jagniątko (Z. S. S. R.}, które przynajmniej od swoich wdzięcznych obywateli spodziewa się uznania i pomocy. Zareagowaliśmy, to prawda, ale całkiem inaczej, niż można się było spodziewać. Daliśmy wyraz oburzeniu, że w obecności naszej, nie powiem, dyskredytuje się państwo przez przypisywanie mu słabości, ale wręcz się je poniża, wyrażając nieufność jego potędze kolosalnej, zbrojnej i zasobowej.
         Falowanie dyskusji
         Wobec tego zaczyna się znany refren, że my nie chcemy nic dać, a więc równi jesteśmy zdrajcom, wzmianka z naszej strony o prokuratorze jako tym, który gotów jest na wezwanie nasze sprawdzić słuszność naszych zapodań materialnych, uśmierza od razu zaciętość dyskusji i ze szczytów podniecenia sprowadza naszą rozmowę do rzędu spokojnej wymiany zdań.
         Targi
         Wreszcie przychodzi kolej na ostatnie narzędzie natarcia, właściwe tym wszystkim, którzy w ideologii swojej, czy też w życiu zbliżyli się do Żydów zaczyna się targ. Z pięciuset rubli jednorazowej daniny patriotyzm każdego z nas traci na wartości i spada kolejno do 300, 100, 50, 30, a nawet 5 rb. Wszystkie propozycje rozbijają się nieugięcie o nasze jasne zdanie: "Nic nie mamy pieniędzy, to nic wam nie damy. Zresztą ks. Dziekan Sobczyński dał już za nas".
         Agitatorzy w odwrocie.
         Wyręczamy się wzajemnie w podejmowaniu dyskusji, bo siły się już wyczerpują a ci znowu co pewien czas zdają się wychodzić i radośnie żegnani, mimo to wracają na nasze utrapienie z powrotem. Znudzeni już jałowym roztrząsaniem kwestii pożyczki deklarujemy na nią pół posiłku otrzymywa-nego od ks. Dziekana, ale tak szczera nasza ofiarność nie spotyka się ze zrozumieniem. Argumenty nasze muszą mieć nie lada wymowę, skoro nasza agitatorka (nauczycielka przyrody w szkole miejscowej) daje wyraz swojej litości nad naszym położeniem materialnym (u nas po tylu klasach to miał-by każdy więcej wszystkiego) i może ona jeszcze pożyczyłaby nam coś niecoś, zamiast my państwu.
         Konkluzja i jej następstwa.
         W końcu nadchodzące południe uwalnia nas od rzeczników wielkości Z. S. S. R., dolewając benzyny do ognia nienawiści względem nas w obozie bolszewickim, zwłaszcza na terenie szkolnym, wśród naszych zaś będąc źródłem humoru i podstawą dla szeroko rozbudowanych domysłów nad następstwami tego kroku. My jednak zwykliśmy przedkładać decyzje trwale bezkompromisowe nad wyrachowaną ustępliwość.
         Choroba ks. Dziekana.
         Mniej więcej w tym czasie zapada ks. Dziekan poważnie na zdrowiu i wyjeżdża na dalsze leczenie serca i oczu do Lwowa - wraca na kilka dni przed wojną.
         Koniec roku szkolnego.
         W połowie maja ma się ku końcowi rok uczniowski w szkole dziesięcioletniej, nadchodzi zaś miesiąc egzaminów według starych zasad szkoły rosyjskiej. W tym samym czasie kończy się też nauka religii w kościele, jak się pokazało później, wypadło to w sam raz.
         Okopy.
         Podniecenie wzmaga się - zaczynają się apele do poczucia obywatelskiego mieszkańców, bo nieprzyjaciel zagraża... Miasto nasze ogląda mrowie ludzi zgonionych z odległych nawet miejscowości, jak np. z Jaworowa, w celu kopania rowu przeciwczołgowego wzdłuż granicy. Przy szczególnie ważnych obiektach pracuje wyłącznie wojsko dzień i noc. W samym mieście nieustannie wzywają do budowy okopów - my "niestety" takiego powołania nie byliśmy godni. Zasadą jest, że nikt nie pracuje w miejscu własnego zamieszkania, dlatego też gromady naszych dziewcząt i chłopców tułają się po zaprószonych strychach przy komorach wiejskich chałup, pozostając niekiedy w warunkach niższych niemal od form najbardziej prymitywnego koczowania. Oczywiście o wydajnej pracy z ich strony nie ma nawet mowy. Parafie przygraniczne zwiększyły się co do liczby wiernych niekiedy i kilkakrotnie, a ofiarni tamtejsi duszpasterze spełniają swoją służbę w na wskroś nowych warunkach, udzielając np. Komunii św. pierwszopiątkowej około 4 rano etc.

    "Teraz" nr 17


    Część dziesiąta

         Powołanie do armii
         Na młodzież naszą czekają szeregi czerwonej armii - poza niewielu mieli zgłosić się w poniedziałek dnia 23 VI b. r. Opatrzność Boża okazała swoją moc...
         W przededniu wojny
         Tymczasem gazety donoszą o coraz ściślejszym zadzierzganiu się węzłów przyjaźni między sowietami a Niemcami. Każdy dzień w oświetleniu popularnego czasopisma "Czerwony Sztandar", to dalszy krok do całkowitego uzgodnienia kierunków polityki wzajemnej. Coś tam mówią o pertraktacjach dyplomatycznych w Sztokholmie, rzekomo posiadających znaczne natężenie, ale u nas cicho. Jeszcze w przededniu wojny niemiecko - bolszewickiej, jadąc z kolegą na spowiedź dzieci do Oleszyc, zastanawialiśmy się w drodze przez marnie uprawniane grunta kołchozu w Borchowie nad tym, kto też będzie te plony zbierał.
         Wracając późnym wieczorem sobotnim już zmęczeni, a stojąc zarazem u progu pracowitej niedzieli (u nas było już po l komunii św., ale odbijaliśmy katechizacje ze starszymi dziećmi), poddaliśmy się spokojowi pierwszej letniej nocy, nie przeczuwając bynajmniej, że właśnie najbliższe godziny niosą ze sobą owe wymowne słowa: WOJNA...!
         Pierwsze strzały
         Po 4- godzinnym spoczynku budzą umie odległe pojedyncze wybuchy, a równocześnie słyszę warkot samolotów. Mając jeszcze przed sobą około 2 godziny snu, nie bardzo śpieszę się do dokładniejszegozbadania przyczyny coraz częstszych eksplozji, wychodząc z założenia, że bez mego udziału bieg wydarzeń potoczy się i tak swoim totem. Z okna mego nic nie można rozeznać.
         Ranny - ewakuacja wojska
         Przy próbie powtórnego zaśnięcia zrywa mnie usilne stukanie do okna. Alarmuje ks. Dziekan S. Sobczyński, że już jest prawdziwa wojna niemiecko - bolszewicka (ja w półśnie sądziłem, że układające się ze sobą strony, straszą się na-wzajem), a jeden z pracowników "goszczącego" u nas urzędu leśne-go zdołał już zostać rannym odłam-iem pocisku artyleryjskiego. Patrzę na zegarek - kilkanaście minut po 3 rano. Wybiegam więc w mocno uproszczonym stroju i po wybiciu szyby usiłuję zaalarmować telefonicznie jakiś ośrodek pierwszej pomocy, ale centrala już nie reaguje. Rannego, na szczęście niegroźnie w podstawę czaszki, sprowadza się do pokoju kolegi, który tymczasem udaje się po zwałach stłuczonych szyb do miasta w celu odszukania lekarza, oczywiście bezskutecznie. Teraz oczy nasze oglądają z dawna upragnione widoki: artyleria bolszewicka pędzi w nie dopiętym oporządzeniu galopem, rzekomo na stanowiska przy ulicy Sienkiewicza, po ulicach nerwowa bieganina - słychać jeszcze ostatnie auta i nawoływania.
         Koniec bolszewików
         Wreszcie chwila ciszy ..... siedzimy od początku działań wspólnie w moim pokoju, a dołączyła się jeszcze do nas pewna sąsiadka - Rusinka, która ze strachu uciekła z domu i znalazła się na plebani. Połączenia z resztą plebani nie utrzymujemy, ufając zaradności siostry gospodyni, na czym wcale nie zawiedliśmy się. Służąca nasza dała przy tym pokaz wspaniałej wytrzymałości nerwowej, podczas jednej bowiem z najgorętszych faz ataku artyleryjskiego zadała rozbrajające pytanie: "Czy to może już wojna?".
         Wkroczenie Niemców
         Około godziny 430 po wspomnianej chwili ciszy słyszymy z dala od strony rynku jakiś silny glos, jakby komendy, dominujący nad innymi. Jeszcze nie ryzykujemy nawet uchylenia drzwi naszego korytarzyka, w którym chroniliśmy się podczas dotychczasowej kanonady, aż wreszcie słyszymy w oddali mowę niemiecką. Przywdziewamy zatem sutanny i wychodzimy przed plebanię, ale przeciągający ulicą żołnierze dają nam nerwowo znaki, żebyśmy się jeszcze schowali. Stosujemy się oczywiście do ich wskazówek, tym bardziej, że odbyło się już kilka rewizji pierwszych patroli niemieckich. To utwierdziło nas w przekonaniu, iż podenerwowanie nacierających nie wróży w razie konfliktu nic dobrego. Przed pierwszą z nich o mało nie stracił życia ks. Płonczyński, gdy ośmielony chwilową ciszą zbliżył się do okna . Trzy ślady kul, tkwiące w przeciwległej ścianie pokoju i związany z powstaniem ich trzask wybitnych szyb i chmura kurzu stały się wymownym ostrzeżeniem, na którym się tylko dzięki Bogu skończyło.

    "Teraz" nr 18


    Część jedenasta

         Plebania celem ostrzału dział nieprzyjaciela
         Najgorętszy czas dla naszego miasta w ogóle, a szczególnie dla plebanii i kościoła miał dopiero nadejść. Do nas dochodziły tylko luźne zapowiedzi groźnej sytuacji w postaci nakazu otwarcia kościoła dla celów obserwacyjnych, przeciąganie drutów telefonicznych dla posterunku obserwacyjnego z wieży kościelnej do centrali w naszej piwnicy, wreszcie słyszymy zataczanie dział na nasze podwórze i po chwili pierwsze strzały zwiedcze. Niedługo musieliśmy czekać, aby dojść do jednego przekonania, ze baterie przeciwnika nie zostaną dłużne. Wtedy los nasz pozostaje w prostym stosunku do ich celności, bo nie jest tajemnicą, że będą mierzyli w nas właśnie jako gniazdo zgubnego dla siebie ognia niszczycielskiego.
         Odtąd do południa mniej więcej trwa z różnym nasileniem pojedynek artyleryjski. Jedynym naszym zajęciem jest poza modlitwą (brewiarz, różaniec, akty strzeliste) rozpoznanie z odgłosu przelatujących pocisków, czy pochodzą one z naszej strony czy z przeciwległego lasu z przeznaczeniem swego śmiercionośnego ładunku dla nas, a raczej na nas.
         O włos od śmierci
         Śliczna bez chmurki pogoda letnia w niczym nie wpływa na złagodzenie poczucia, że wisi się między życiem a śmiercią niemal na włosku. Już nawet czerwone błyski przelatujących pocisków dają się widzieć opodal... Żadnej łączności z kimkolwiek poza murami plebani. W toku działań znoszą rannego oficera-obserwatora z wieży. Wobec takiego stanu rzeczy tym bardziej niedorzecznie przedstawia się doniesienie radiowej rozgłośni moskiewskiej, nadawane w drugim dniu wojny, jakoby ks. Dziekan Stanisław Sobczyński strzela z wieży kościelnej do cofających się wojsk czerwonych. Oczywiście powoływano się w tym na świadectwa naocznych świadków.
         Uspokojenie
         Wreszcie dłuższa chwila ciszy... Żołnierze uspokajają nas, że na razie kanonada nie będzie wznowiona. Zresztą baterii już nie ma na plebanii.
         Stan kościoła
         Udajemy się do kościoła, a tam zwały gruzu na posadzce wysokości kilkudziesięciu centymetrów. Szyby powybijane, ściany w kilku punktach przedziurawione na wylot, dach poszarpany, ławki i konfesjonały poprzebijane kulami i odłamkami... Przyjmujemy Komunię św. i po dziękczynieniu spożywszy posiłek idziemy tam, gdzie obecność nasza może być przydatna.
         Na stanowisku
         Ks. Dziekan z ks. Płonczyńskim zostają gotowi do udzielania posług duszpasterskich w miejscu, ja zaś śpieszę do szpitala, odwiedzając jeszcze po drodze bliższych znajomych.
         Miasto płonie
         Płoną bloki żydowskie w rynku i w sąsiedztwie naprzeciw cerkwi; w kilku innych jeszcze punktach widać ślady pożarów. W domu stow. "Proświta" i w sąsiadującemu z nim obejściu plebani gr. - kat. pożar w całej pełni, a z promiennym słońcem południa konkuruje czerwień ognia z ostrołęckich stajen.
         Echo walki w szpitalu
         W szpitalu dopiero pierwsi ranni z najbliższego zasięgu, bo innych nie ma kto zbierać, a nadmienić trzeba, że pierwszy atak przyjęły na siebie oddziały złożone z miejscowych tzn. małopolskich Polaków i Rusinów, prawie zupełnie bezbronne. Toteż rankami w następne dni nieustannie ciągnęły szeregi wiejskich wozów, przywożąc ciężko rannych z tych właśnie na rzeź przeznaczonych formacji.
         Smutny dzień Ostrowca
         Niedługo zabawiwszy w szpitalu, bo i tak miałem tam spędzić noc, dowiaduję się w drodze powrotnej o tragedii na Ostrowcu. Powiadamiają mnie o niej uciekinierzy ze wspomnianego przedmieścia, opuszczający swoje siedziby z obawy przed ewentualną ofensywną kanonadą nocną. Wśród kilkunastu zabitych tamże osób podczas odwrotu bolszewików w jednej z rodzin, mianowicie u Kulpów, padli od pocisku artyleryjskiego w prymitywnym schronie ziemnym od razu matka, czternastoletni syn i córka jedenastoletnia. Wszystkich w parafii ofiar 41, pogrzebanych na naszym cmentarzu.
         Informacje i rzeczywistość
         Po przybyciu na miejsce, posuwając się wzdłuż ciągnącej naprzód rzeki wojska, zdołałem tylko naocznie stwierdzić prawdziwość otrzymanych informacji i zapłakać zamiast nie mogących już ze siebie wydać z bólu skargi ni też nawet pozostałych członków nieszczęśliwej rodziny, a to ojca i trzech dorastających chłopców. Reszta dnia mija zwyczajnym trybem tego rodzaju czasu.
         Atak z powietrza
         W następnych dniach zaopatrywania chorych i pogrzeby. W poniedziałek popołudniu dwa bombowce sowieckie atakują z lotu nurkowego dawną siedzibę wojskowego NKWD obok toru w willi inż. Bandyry. Cel nie został wprawdzie osiągnięty, ale spłonęło 5 sąsiednich domostw, a rozszerzający się szybko pożar mógł być groźny nawet dla szpitala.

    "Teraz" nr 20


    Część dwunasta

         Władze okupacyjne
         Miasto przedstawia odmienny, niż dawniej, widok. Dość ospale konstytuują się władze miejscowe spośród tutejszych Rusinów. Ster władzy spoczywa w ręku wojsko-ej Komendy Miejscowej (Ortskommandantur) - tam krótko zostają rozstrzygnięte wszelkie sprawy, otrzymuje się przepustki w okolicą i załatwia sprawy bieżące. Za to od godz. 20. miasto zalega cisza i ciemność, przerywana tylko stukotem zakutych w stal patroli wojskowych. Przemarsz oddziałów trwa w dalszym ciągu. Wszyscy żyją z dnia na dzień, bo wyjście w pole czy okolicę hamują powtarzane szeptem gadki, że tu czy tam strzelali do kogoś z żyta bolszewicy, każdy wiec lęka się tym bardziej, że dość długo jeszcze słychać strzały broniących się bunkrów w okolicy Brusna Nowego.
         Łączność z Basznią
         Najpierw nawiązaliśmy łączność z sąsiednią Basznią. w której przemiana państw dokonała się niemal bez strzału; za to o nasz los obawiano się tam bardzo, bo pożary i odgłosy wyglądały w ich perspektywie jeszcze straszniej, niż w rzeczywistości.
         Pierwsze dni w nowych warunkach
         Pierwszy odpust po wybuchu wojny gromadzi najbliższych kapłanów na razie jeszcze z tej strony kordonu granicznego i upływa poważnie, odpowiednio do sytuacji ogólnej. Kościół doprowadzono zaraz następnego dnia do względnego porządku, a ilość wiernych przez kilka jeszcze dni nie bardzo odbiegała od frekwencji świątecznej.
         Zwyczaje nadgraniczne
         W związku z kordonem granicznym potrzeba nadmienić, że poza pierwszymi godzinami wojny został on w zasadzie utrzymany aż do uroczystości Wszystkich Świętych tegoż roku. Stan taki przyczynił się do powstaniu specjalnej kategorii ludzi, trudniących się zawodowo łącznością z drugą stroną w celach informacyjnych, niby przemytniczych i dla czystej nieraz emocji czy ciekawości. Weszły wtedy w zwyczaj rozmowy z mieszkańcami dawnej zagranicy u drutów, których nawiedzanie przez pewien czas należało do dobrego tonu w naszym mieście, wypierając z powodzeniem wszelkie inne atrakcje świąteczne, nieszporów nie wyłączając.
         Wahania polityki okupacyjnej względem ludności
         Rządy wojskowe w mieście przybierają różną orientację, zależnie od kierunku reprezentowanego przez komendanta miasta. Ośrodkiem miejscowej polityki jest ustosunkowanie się jego do ludności polskiej, względnie ruskiej. I tak jedni ulegają wpływom otoczenia, drudzy ustępują bardziej narzucającym się Rusinom, ale są też i tacy, którzy z uzasadnionych przekonań przyznają Polakom należne im prawa, jako pobitym wprawdzie, ale honorowym przeciwnikom.
         Udział w odpustach okolicznych
         Na odpustach w Bruśnie Nowym (2 VII) i Horyńcu (2 VIII) jest Lubaczów także reprezentowany połączeniem przez Basznię. Wielkim zainteresowaniem kapłanów cieszą się mijane po drodze opuszczone sowieckie umocnienia.
         Okupacja słowacka i smutny dzień św. Anny
         W Lubaczowie tymczasem po wojskach niemieckich i ich oddziałach technicznych stają załogą sprzymierzone wojska słowackie. Za ich okupacji w niedzielę nazajutrz po św. Annie ma miejsce nader smutne wydarzenie; mianowicie aresztowano wtedy pod zarzutem dawnego współdziałaniu z komunistami kilkudziesięciu Polaków, będących solą w oku Rusinom, i po prymitywnym niewątpliwie sądzie miano ich stracić w zupełnej tajemnicy na Niwkach. O losie ich nie wiadomo dotąd nic pewnego. Ofiarą tego aresztowania padł także nasz organista, wymieniony już poprzednio p. Jagodziński Feliks. Zastępuje go odtąd syn, zdolny muzyk-samouk, kończący szkolę średnią.
         Łączność ze Lwowem
         Ze Lwowem nie ma żadnej łączności... Dla nawiązania jej wyprawiłem się przy sposobności wozem z Baszni do serca naszej archidiecezji, referując tamże bilans wojny u nas. W sierpniu wspólnie z ks. Winiarzem, pomocnikiem w Baszni, wyprawiamy się rowerami do Przemyśla, Rodatycz i Lwowa, oglądając wszędzie po drodze dzieło zniszczenia, spowodowane wojną. Przepustki na wszelki wypadek uzyskujemy u miejscowych władz cywilnych, oczywiście ruskich.
         Naprawa uszkodzeń w kościele
         Cale lato wypełnia naprawa kościoła po uszkodzeniach wojennych, przeprowadzana przy żywym współudziale materialnym całej parafii, składującej swe świadczenia w pieniądzach i w naturze.

    "Teraz" nr 21, lipiec-sierpień 1999, s. 3


    Część trzynasta

         Nowe porządki prawne.
         Ostatecznie ukształtowały się już władze cywilne, stwarzając na tutejszym terenie tzw. komisariat powiatowy, podległy okręgowi Rawa Ruska. Na czele jego stoi komisarz - Niemiec z połączonym tytułem starosty, a zastępuje go miejscowy adwokat - Rusin, który ginie w kilka miesięcy potem od kuli niemieckiej w pewnym zajściu. W listopadzie likwidują granicę, a ruble ustępują złotym w stosunku 5 rb. równa się 1 zł, będącym w obiegu w innych dystryktach Generalnego Gu-bernatorstwa. Cała dawna Ukraina Zachodnia otrzymuje urzędową nazwę: Dystrykt Galicja i zostaje włączona do Generalnego Gubernatorstwa.
         Volsksdeutsche.
         Nadchodząca jesień wysuwa naprzód dwie kwestie: szkoła i Volsksdeutsche. Już w pierwszych dniach rządów niemieckich zaczęły krążyć słuchy o dobrych stronach przyznawania się do związków krwi z narodem niemieckim. Odruchowy opór przeciw tego rodzaju brataniu się z naszym zaborcą łagodzi tzw. kwestia ukraińska. Otóż ci ewentualnie bliżsi Niemcom spośród tutejszych mieszkańców mogliby zasłonić siebie i pozostałych Polaków przed skutkami intryg ruskich, niewątpliwie podobnych w skutkach do dnia świętej Anny b.r. Punkt ciężkości zatem powyższego zagadnienia przenosi się z terenu sumienia na sprawę oportunistycznej koniunktury, zabarwionej mętnym altruizmem. Ulgi administracyjne, zwłaszcza w dziedzinie gospodarczej, pchnęły potem wielu w szeregi osób pochodzenia niemieckiego, wpływając na stopniowy zanik kryteriów wzorem Ezawa, sprzedającego pierworództwo za miskę soczewicy. Epilog tego zagadnienia jest jeszcze przed nami zasłonięty, ale wyrok własnego sumienia każdego z nich już się nie odmieni.
         Szkoła.
         Starania około uruchomienia szkół przybierają coraz więcej na sile, aż wreszcie po odwlekaniach dzień 1 października staje się pierwszym dniem nowego roku szkolnego. Na tym też terenie następuje niedługo drugi dotkliwy rozdział między Polakami a Volsksdeutschami; mianowicie dzieci rodziców, z których przynajmniej jedna strona uznaje dobrowolnie swoją przynależność do narodu niemieckiego, muszą polską szkołę opuścić.
         Religia u Volsksdeutschów.
         W związku z tym organizatorka szkoły dla dzieci niemieckich proponuje nam uczenie w tej szkole, ale po niemiecku. Uznajemy bezcelowość takiego nauczania dzieci, które o mowie niemieckiej nie maja pojęcia, przy tym nie znajdujemy w sobie kwalifikacji ani zamiłowań do niemczenia tych, których rodzice zatracili odporność duchową i dlatego odpowiadamy odmownie co do uczenia po niemiecku. Wyrażamy zaś pełną gotowość uczenia po polsku, ew. w kościele, o ile szkoła w swoim obrębie z takim stanem rzeczy pogodzić się nie może. Zresztą świadczyliśmy, że może ksiądz proboszcz gr. - kat. zachce się podjąć tego zadania, ale to przypuszczenie od razu upadło. Pani ta oświadczyła wreszcie, że postara się sama o misję kanoniczną u arcypasterza, ale skończyło się jedynie na słowach. Odtąd dzieci tzw. niemieckie nauki religii w szkole nie pobierają wcale.
         Podział pracy w obsłudze szkól.
         W takim stanie rzeczy ilość dzieci polskich kurczy się znacznie i liczebność szkoły zmniejsza się, dochodząc do pięciu oddziałów. Jeden z księży wikarych uczy w szkole tutejszej polskiej i czterech szkołach wiejskich, drugi zaś w jednej pozostałej szkole wiejskiej. Ksiądz dziekan dojeżdża starym zwyczajem na Kornagi, a Wólkę Krowicką obsługuje ksiądz Malinowski z Krowicy.
         Życie parafialne.
         Odtąd płynie już jednostajnie życie parafialne, podzielone dla nas między kościół i inne prace duszpasterskie, szkołę i czynności pochodne. Trochę ożywienia wnosi doroczne triduum przed uroczystością św. Stanisława Kostki, patrona młodzieży.
         Spowiedź w cerkwi.
         Obaj z kolegą zostajemy zaproszeni na spowiedź szkolną do cerkwi, bo ksiądz wikary gr. - kat. ma przyjść dopiero w grudniu. Utrzymuje on z nami od swego przyjścia dość silną łączność.
         Zmiana kościelnego.
         Po dniu zadusznym ustępuje dotychczasowy kościelny - następcą jego jest dawny uczeń gimnazjalny, młody chłopak, który odtąd dzieli swoje losy z plebanią, mieszkając w naszym domu.
         Adwent - epidemia tyfusu.
         W ten sposób dochodzimy do Adwentu, który ożywia swoją obecnością ks. dr Huet, głosząc jednej niedzieli kazanie na roratach. W ciągu grudnia wybuchła epidemia tyfusu brzusznego i plamistego, zawleczona może i złośliwie, jak niektórzy utrzymują, przez zbiegłych z obozu jeńców bolszewickich. Zaopatrujemy nieraz i po kilku chorych od razu, całymi seriami, szczególnie w Dąbkowie.
         Aresztowanie ks. Haasa.
         Wśród tego właśnie typu prac zostaję aresztowany przy łożu jednego z chłopców wraz z pielęgnującym go jego bratem i spędzamy noc wspólnie w więzieniu, zostając bez stwierdzenia dowodów winy WYpuszczeni w południc dnia następnego. Zdarzenie to wywołuje nieco poruszenia, rozdwajając, jak zwyczajnie opinię miejscową...
         Sit venia vcrbis...

    "Teraz" nr 22


    Część czternasta

         Ostra zima
         W zimie gwałtowne mrozy powodują przerwy w nauce - bieda wzmaga się dotkliwie. Wczesna wiosna przynosi ze sobą dwie doniosłe inicjatywy. Powstanie Polskiego Komitetu Opiekuńczego i reaktywowanie Składnicy Kółek Rolniczych.
         P.K.O.
         Co do sprawy pierwszej otrzymuje Ks. Dziekan z Rawy Ruskiej prośbę o podanie kandydatów na miejscowych delegatów P.K.O. Wybór padł na pana mgra Miliana i p. Stukkarta. Przyszłość pokazała, że sam p. Milian wywiązał się ze swego zadania znakomicie.
         Kółko Rolnicze.
         Proces powstania polskiej składnicy toczy się znacznie dłużej i dochodzi do realizacji dopiero po rewindykacji własnego domu z rąk ruskich, oczywiście w stanie, nadającym się jedynie do gruntownego remontu.
         Kuchnia P.K.O.
         Służąc własną pracą i wpływami akcji P.K.O., współdziałamy przy uruchomieniu kuchni P.K.O. w ochronce sióstr Albertynek, zbierając też w zapusty datki w naturze po wsiach okolicznych.
         Rekolekcje wielkopostne.
         W Wielkim Poście odbyły się u nas rekolekcje dla dzieci szkolnych, których udzielał ks. Mroczkowski, katecheta z Oleszyc, wywdzięczyliśmy się analogiczną przysługą u niego.
         Spowiedzi w okolicy
         Czynny udział Lubaczowa w okolicznych spowiedziach przedwielkanocnych nie ulega żadnej zmianie.
         Odpusty okoliczne.
         Zaraz po Wielkanocy zaczyna się seria odpustów: najpierw w Cieszanowie na św. Wojciecha, w którym bierzemy udział, udając się pierwszy raz oficjalnie za dawny kordon graniczny.
         Mało dzieci do 1 Komunii Świętej
         Dzieci do Pierwszej Komunii Świętej przygotowuje ks. Płonczyński, ale nie ma ich tego roku nawet 50, bo już za bolszewików przystąpiło ich bardzo wiele wskutek innego ustroju szkolnictwa.
         Odpusty własne.
         Odpusty miejscowe na św. Stanisława i świętych Apostołów Piotra i Pawła gromadzą, jak zwykle, kapłanów okolicznych.
         Goście
         W lecie przebywają u nas kilkakrotnie ks. wikarzy kate-dralni, zaopatrujący się po wsiach w żywność dla siebie i kuchni dla ubogich.
         Boże Ciało - procesja.
         Tego roku procesja parafialna Bożego Ciała odbywa się bez współudziału kapłanów gr. - kat. ponieważ wypada u nich w tymże samym dniu.
         Rocznica wojny.
         Rocznica wojny mija bez najmniejszego oddźwięku.
         Przeniesienie świąt.
         Dwa święta, mianowicie Wniebowstąpienie Pana Jezusa i Boże Ciało zostają pod naciskiem władz cywilnych przełożone co do zewnętrznego ich obchodzenia na najbliższą, wypadającą po nich niedzielę.
         Koniec roku szkolnego.
         Rok szkolny kończy się dnia 30 czerwca nabożeństwem i kazaniem tak, jak zaczął się osiem miesięcy temu.
         Śmierć ks. Wojtusia
         Ks. Kanonik Franciszek Wojtuś proboszcz w Oleszycach. W pogrzebie uczestniczy 15 księży, w tym dwu grecko - katolickich.
         Odpust w Niemirowie.
         Na uroczystości Matki Boskiej Szkaplerznej uczestniczy w Niemirowie ks. Płonczyński głosząc kazanie.
         Zaciągi i wywozy na roboty do Rzeszy.
         Dokonywuje się teraz masowy zaciąg na roboty do Niemiec. Prawnie ma on cechy udziału dobrowolnego, ale z przygnębionych twarzy kandydatów i bezwzględnych kontyngentów redagowanych przez wójtów, wcale tego nie poznać. Ostatnio akcja ta upodobniła się bardzo do znanych z uprzedniej okupacji wywozów, dotycząc zaś jedynie młodzieży obojga płci, przedstawia tym smutniejszy obraz ze względu na swój masowy zasięg. Sygnalizowane terminy wspomnianych wywozów zaznaczają się wybitnie ujemnie na udziale młodzieży w życiu kościelnym, ale szczególne okoliczności całkowicie to usprawiedliwiają.
         Odpusty sierpniowe
         Jednostajny zazwyczaj w życiu kościelnym czas letni przerywają dwa odpusty, mianowicie Porcjunkuli 2 sierpnia w Horyńcu i na Przemienienie Pańskie w Krowicy.

    "Teraz" nr 23


    Część piętnasta

         Nowy proboszcz w Oleszycach.
         W ciągu tegoż miesiąca rządy osieroconej parafii oleszyckiej, bierze w swe doświadczone ręce ks. Jan Podczerwieński, były proboszcz Rawy Ruskiej.
         Początek roku szkolnego.
         Rok szkolny 1942/1943 zaczyna się punktualnie dnia l września mszą świętą ze stosownym przemówieniem o godzinie 8. rano.
         Odpust w Oleszycach.
         Uroczystość Narodzenia Najświętszej Marii Panny, gromadzi na odpuście w Oleszycach wiernych także i z Lubaczowa - uczestniczy w nim z naszych księży ks. Płonczyński.
         Echa bolszewickich nalotów nękają-cych na Niemcy i G.G.
         Jakby w symboliczną rocznicą wydarzeń z roku 1939 zaczyna miesiąc wrzesień przypominać nam wyraźniej rozgrywającą się dalej wojnę. Znów odzywają się syreny, w nocy turkocą bombowce: jeden nawet z wybitniejszych ruskich mieszczan lubaczowskich umiera na atak serca podczas nocnego alarmu obrony przeciwlotniczej. Mimo obronnych przygotowań bombardowania jednak nie było.
         Komunia święta szkolna.
         Trwa śliczna polska jesień. 26 września odbywa się Komunia święta szkolna z licznym stosunkowo udziałem kapłanów, a słabym dzieci, co daje się wyjaśnić intensywnym kopaniem ziemniaków.
         Święty Michał.
         Nawiązując do dawnych zwyczajów, na świętego Michała zachowujemy odmienny, zbliżony do świątecznego, porządek nabożeństw.
         Usprawnienie gospodarki domowej.
         W ciągu bieżącego miesiąca ks. Płonczyński ofiaruje ks. Dziekanowi swoją pomoc w zarządzaniu gospodarką plebańską. Ks. Dziekan pomoc tę przyjmuje - zaczęto od odebrania dzierżawcom zasiedzianych części pól. Dzięki energicznemu przeprowadzeniu tej akcji plebania rusza z miejsca na nowy okres rolny na 12 ha pola.
         Koncentracja Izraela.
         Blade dni listopadowe oglądają nowe zjawisko czasów dzisiejszych: jest nim mianowicie koncentracja Żydów z okolicy do zaimprowizowanego u nas getta, które ma zmieścić ich aż 6 000. Drogi, zwłaszcza z Oleszyc, nabite Izraelem, którego wędrówka ze wszyst-kimi ruchomościami wywiera niesamowite wrażenie. Z czasem zyskują Żydzi prawo w rodzaju eksterytorialności w stosunku do pozostałych mieszkańców Lubaczowa, sami docierając, zresztą nie bardzo dyskretnie, wszędzie w celach misyjno-handlowych; po kilku tygodniach zostają jednak zupełnie zadrutowani i wychodzą tylko pod strażą do prac - specjalna żydowska milicja mundurowa, a przynajmniej "czapkowa", dobierana, jak mówią, drogą cenzusu majątkowego, strzeże odosobnienia ludu niegdyś wybranego i oddzielonego od goi - nie Żydów.
         Nieszpory przedświąteczne - przywrócenie.
         Na dzień 5 listopada przypada ważna chwila, kiedy zostają odprawione pierwsze od bardzo długiego czasu nieszpory z serii przedświątecznych. Tym razem poprzedzają one 1 piątek miesiąca, a za zadanie praktyczne mają one umożliwić spowiedź wiernym miejscowym w przeddzień uroczystości. Odtąd odbywają się one w soboty, dni przedświąteczne i czwartki przed pierwszymi piątkami.
         Adwent.
         Dzięki powyższemu ulepszeniu życia kościelnego adwent upływa niezbyt uciążliwie. Pomagamy tego roku w spowiedzi przedświątecznej w Bruśnie.
         Boże Narodzenie.
         Święta Narodzenia Pańskiego, poprzedzone nieszporami w wigilię, mają przebieg spokojny - nadciągający Nowy Rok niesie ze sobą wiele nadziei w jaśniejszą zawsze przyszłość.

    ROK 1943


         Zapowiedzi likwidacji Żydów.
         Granice czasów różnią się od kordonów państw i dlatego trzeba dopiero jakichś silniejszych, bardziej wstrząsających wydarzeń, aby w płynącym nieustannie strumieniu czasu przeprowadzić umówione rozróżnienia i podziały. Zaczynający się rok zapewne zlałby się z poprzednim, gdyby wraz z jego nadejściem nie dały się słyszeć głuche wieści o wzmaganiu się urzędowej akcji antyżydowskiej. Wprawdzie już nieraz słyszeliśmy, iż tzw. Judenrat olbrzymimi naówczas sumami okupuje się urzędowi i uzyskuje odroczenie tej strasznej daty, niemniej jednak mroźny dzień 8 stycznia, zarazem drugie święto Bożego Narodzenia u Rusinów, stawia nas w obliczu nowych dla nas dotąd wydarzeń.
         Początek akcji.
         Już od wczesnego ranka Żydzi zdradzają zaniepokojenie i podobno co młodsi rozbiegają się po ulicy. Tuż po mszach św. widzimy rogi ulic zamknięte przez ciężkozbrojne posterunki, wyposażone w automaty i karabiny maszynowe. Miejscowa żandarmeria dzielnie pomaga, żądna wawrzynów, na które "fachowcy" są już mniej wrażliwi. Niedługo pierwsze strzały odrywają nas od pracy, która jakoś i tak się nie klei. Teraz widzimy, jak milicjanci żydowscy wyprowadzają z domu Żydów i ustawiają ich do transportów. Wiele z tego odbywa się na wprost naszych okien. Gęstym strzałom odpowiadają liczne zwłoki. leżące bez wyboru wszędzie.
         Współdziałanie miejscowej ludności.
         Rodzaj polowania trwa przez cały piątek. O cichej nocy szkoda marzyć. W następnym dniu historia się powtarza, ale już więcej święci triumfów podłość ludzka i to w dwojakiej postaci, bądź to wskazując tropicielom schrony Żydów, bądź też zerkając łakomie na opuszczone mienie traconych lub wywożonych Żydów, których majątki chronią na razie surowe rozporządzenia, grożące śmiercią każdemu, kto naruszyłby je. Nawet młodzież, szczęściem nie polska i wręcz dzieci przykładają swoją rękę do tej akcji.
         Czyny epigonów.
         Po dwóch dniach ekipa niszczycielska. syta sukcesów, wyjeżdża, a agendy odnośne przechodzą w ręce miejscowych organów bezpieczeństwa, ożywionych długo tłumioną gorliwością. Krwi nigdzie nie brak, a obawa zarazy z powodu ocieplania się każe opróżnić cmentarz z nadmiernie nagromadzonych tam zwłok w liczbie około 2000 i zwieźć je aż do rowu przeciwczołgowego w Dachnowie. Ciągną tedy przez kilka dni szeregi sań koło tartaku ze zwłokami, a główną ulicą z żywymi na rozstrzelanie do tegoż Dachnowa. W mieście wśród wrażliwszych panuje przygnębienie - Chrystus w sercach ich boleje nad zacierającym się do tego stopnia swoim obrazem w duszach szermierzy lepszej przyszłości i ich interesownych adherentów.
         Boże przepuść ludowi twemu zbłąkanemu !!!
         Nowa fala aresztowań.
         Mrozy folgują, ale nie na stałe. Koniec stycznia przynosi ze sobą nowe masowe aresztowania, przedstawiające się z zewnątrz dość bezwładnie, nie można wychwycić ich myśli przewodniej, bo wśród...

    <:: Powrót

    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .