::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • ::> Wspomnienia - Eugeniusz Szajowski (Lubaczów)

         Lubaczowska społeczność od wieków była zróżnicowana. Mieszkali w Lubaczowie Polacy, Rusini (Ukraińcy), Żydzi oraz osadnicy z Niemiec (Ostrowiec).
         Żydzi opanowali przed wojną przede wszystkim handel i drobne rzemiosło. Uprawiali też wolne zawody, byli: kupcami, sprzedawcami, krawcami, fotografami, kotlarzami, prawnikami, fryzjerami, zarządcami i dzierżawcami dóbr, dentystami i lekarzami, fiakrami, aptekarzami... Nie zajmowali się natomiast rolnictwem. Z Żydami miałem kontakt od dzieciństwa, gdy mieszkałem z rodzicami w Cieszanowie. Chodziliśmy do tej samej szkoły, różniły nas jedynie lekcje religii i świąteczne nabożeństwa, kiedy to polscy chłopcy szli do kościoła, żydowscy do synagogi, a Rusini do cerkwi. Miałem za lat chłopięcych kolegów z każdej z tych nacji i wydawało się to tak naturalne, że aż nie do pomyślenia było, by mogło być inaczej. To wojna zmąciła ten spokój, wojna przyniosła rasowe nastawienie, chęć przewodzenia, posiadania władzy, terenu, panowania. Skłóciły się również żyjące dotąd w zgodzie "religie". Podobnie było i w Lubaczowie. Tylko przy ulicy Kościuszki mieszkało po lewej stronie około osiemnaście rodzin żydowskich, po prawej (od kościoła w stronę Młodowa) jedenaście rodzin. Najwięcej było budynków należących do polskich rodzin, a zaledwie kilka do ukraińskich. Nie ma już tych budynków, zmienili się właściciele posesji, tylko ziemia została ta sama, tylko pamięć jest zdolna wyciągnąć na światło dzienne tamtych ludzi i tamten czas.
         Mimo upływu czasu (57 lat) wiele nazwisk lubaczowskich Żydów zapamiętałem do dziś. Z wieloma łączyły mnie (jak i wszystkich lubaczowian) różnego typu kontakty, wynikające z zamieszkania w tym samym małym miasteczku. I tak np. u Blumenberga kupił mi mój ojciec skrzypce (przyjeżdżaliśmy wówczas po nie z Cieszanowa), potem tuż przed wojną u Domera kupowałem cegłę, Flieser szył mi ubranie ślubne w 1935 r., a u Gabla kupowałem buty, Fishbein polecił mnie Friserowi do pracy w Urzędzie Rozjemczym, u Herzberga kupiłem karnisze (używane do dziś), a u córki Hassa mieszkałem za kawalerki. W innym sklepie Herzberga braliśmy towar "na książeczkę" (nie zawsze mieliśmy pieniądze), Lichtbach świadczył mi u notariusza, w sklepie Zimmermana kupiłem rower. Wiele fotografii, jakie posiadam z tamtych lat pochodzi z zakładu fotograficznego Weinera, a zdjęcia te wklejałem do albumów fotograficznych kupionych w sklepie Meilera. Rotter leczył mi zęby, od Seidla kupiłem parcelę, Reger krył mój dom blachą. W sklepie Stadfelda kupowaliśmy materiał na ubrania i płaszcz. Reinfeid prowadził sklep rzeźnicki (rodzina Reinfeldów była bardzo liczna). Jeden z nich był bardzo ubogi, trudnił się doprowadzaniem bydła do rzeźni dla innych rzeźników, potem wyjechał do Ameryki, dorobił się na prohibicji i przyjechał do Lubaczowa po wojnie. Rozdawał, a nawet rozrzucał pieniądze biednym, ufundował obecnie istniejące ogrodzenie (mur) cmentarza żydowskiego (świadczy o tym pamiątkowa tablica umieszczona nad bramą tego cmentarza). Ries prowadził Kolekturę Loterii Państwowej, jeździł w sprawach dotyczących loterii do Warszawy do mojego brata Mariana Szajowskiego, który był wówczas Radcą Ministerstwa Skarbu. W okresie pracy w Urzędzie Rozjemczym mieszkałem w kamienicy Sperlinga (w Rynku).
         Można by tak wspominać dłużej, wspomnienia przywołują z pamięci coraz to nowe postacie i twarze, tak jakby to było wczoraj. Szerszy wykaz osób prezentuje tabela, którą załączam. Może ona stanowić zaczątek do sporządzenia pełnego wykazu Żydów mieszkających w Lubaczowie do stycznia 1943 r.
         Z początkiem września 1942 r. okupant rozpoczął zaplanowaną koncentrację ludności żydowskiej w zaimprowizowanym w Lubaczowie getcie.
         Na getto wybrali Niemcy miejsce naprzeciw probostwa, w prostokącie bagiennych uliczek okalających "zgniłe domy i kamienice, nory mieszkalne". Stłoczono tu siłą parę tysięcy osób narodowości żydowskiej.
         Główne getto obejmowało wschodnie zaplecze kamienic Rynku aż po ulicę Piłsudskiego (wysiedloną z mieszkańców Polaków), odgrodzoną od ulicy Kościuszki żerdzią (szlabanem). Po kilku tygodniach getto całkowicie zadrutowano, jego mieszkańcy opuszczali go jedynie do prac, pod strażą.
         Kilka tysięcy ludzi zgromadzonych w getcie wystawiono na głód, choroby i rozpacz. Zmuszano ich do katorżniczej pracy, zamiast konia sami ciągnęli wozy, pobijani byli pałką, by wóz toczył się szybciej, by wykonywali nakazane czynności prędzej. Nocami Żydzi, jak tropione zwierzęta, czołgali się pod drutami, by zdobyć pożywienie dla dzieci i siebie. Przekradali się na pobliskie podwórko plebańskie, gdzie pomagała im służba kościelna i księża wikariusze. Byli też i tacy wśród Polaków, którzy pomagali Żydom w getcie.
         Przez kordony ukraińskiej policji przedostał się m.in. ks. Józef Mroczkowski z Oleszyc i dostarczył dwa cetnary zboża dla oleszyckiego Żyda, Szwarca.
         Druga część getta mieściła się w jednopiętrowym bloku zbudowanym przez Sowietów na tyłach ul. Kościuszki (dziś przy ulicy Kurierów AK), za stodołą Tadeusza Małeckiego.
         Żydzi w getcie mieli swój Judenrat, z którym Niemcy układali żądania kontrybucyjne, okupu pieniężnego i w złocie. Istniała policja żydowska, nosząca czapki z gwiazdą Dawida. Dwóch spośród tych policjantów znałem. Jeden był moim szkolnym kolegą z Cieszanowa i nazywał się Majer Singer, drugi był zięciem Żyda Jutki z Cieszanowa, mężem jego córki Esty i nazywał się Diamant (podobno był wcześniej kapralem w wojsku polskim).
         Warunki w jakich mieszkali Żydzi zgrupowani w getcie urągały elementarnym zasadom higieny ludzkiej. Szerzyły się choroby zakaźne, tyfus plamisty i brzuszny. Chorych rozstrzeliwano na żydowskim cmentarzu w Lubaczowie, koło Dachnowa, w Oleszycach i w Cieszanowie, a chowano ich we wcześniej przygotowanych rowach-grobach wykopanych pod przymusem również przez Żydów.
         W początkowym okresie, gdy wolno im było wychodzić z getta, do mego ogrodu przychodzili Żydzi (Samson Schneider - przemysłowiec lubaczowski, Gabel i inni) i długo radzili nad sytuacją. Na rękawie nosili gwiazdę Dawida w postaci dwóch równoramiennych trójkątów nałożonych na siebie, usytuowanych na białej opasce. Żydom wolno było chodzić tylko jezdnią, bez względu na błoto.
         W tym czasie adwokat lubaczowski dr Józef Osterman uzyskał od Niemców (nie za darmo oczywiście) prawo zamieszkania z żoną Florą poza gettem. Żona jego była obłożnie chora, nie chodząca. Mieli służącą Marysię pochodzącą gdzieś spod Grybowa i usługującą im nawet w tych trudnych i niepewnych czasach. Ostermanowie zamieszkali u mnie, w naszym domu (Heleny i Eugeniusza Szajowskich). Przyjęliśmy ich z żoną z życzliwością, jako potrzebujących. Znalem Ostermana jako współpracującego z polskimi urzędami adwokata. Zamieszkali w tylnym pokoju. Pewnego dnia przybyła ich córka Renata Osterman, magister prawa, z przystojnym narzeczonym, Schnitzerem, który posiadając zdolności rysunkowe, zaczął szkicować portret mego syna Mieczysława (nie dokończył go). Po jakimś czasie cofnięto Ostermanom zezwolenie na pobyt poza gettem i dawny klient Ostermana, furman Hamułka pochodzący z Młodowa, przewiózł łóżko, kufer z rzeczami i inne drobiazgi z powrotem do mieszkania na piętrze kamienicy z getcie (dziś kamienica ta jest własnością Romana Żukowicza).
         Przybył do mnie Żyd krawiec z Oleszyc, który przerabiał mi kurtkę. W tym czasie żona moja Helena poszła do miasta i usłyszała pogłoskę o akcji wysiedlania Żydów. Wracając, została zatrzymana naprzeciw kina i domu Markiewiczów przez żandarmów niemieckich. Ponieważ była ciemną szatynką, wzięto ją za Żydówkę. Na szczęście nadeszła Angierowa, żona Angiera maszynisty wału drogowego w Urzędzie Drogowym (kierowanym przez inż. Władysława Reubenbauera) i wytłumaczyła Niemcom, że to Polka. Puszczono ją. Gdy krawiec dowiedział się o pogłosce wysiedlania Żydów, poprosił o chleb, zabrał swoje przybory i szybko udał się do rodziny w getcie.
         Już od pierwszych dni stycznia 1943 roku wzmogły się wieści o mających nastąpić dalszych niemieckich działaniach antyżydowskich. Dotąd Judenrat olbrzymi sumami okupywał się Niemcom uzyskując odroczenie ostatecznych rozstrzygnięć. Stało się to 8 stycznia 1943 r. Żydzi od rana zdradzali zaniepokojenie, młodzi za radą starszych rozbiegli się po ulicach. W końcu i przyległe ulice zostały zamknięte przez uzbrojone posterunki. Żydowska policja wyprowadziła Żydów z domów i ustawiła do transportu. W likwidacji getta brali udział niemieccy szefowie z dużą grupą policjantów ukraińskich. Słychać było strzały, padali zabici. Ten rodzaj polowania (zabijania uciekających i opornych) trwał przez cały piątek. Podobnie było w dniu następnym, wszędzie leżały zwłoki Żydów. Podłość niektórych osób spośród miejscowej ludności, głównie ruskiej, nie znała granic. Znajdują się i tacy, którzy łakomie patrząc na opuszczone przez Żydów mienie, wskazują "tropicielom" kryjówki żydowskie. Na razie mienie to chronią surowe rozporządzenia niemieckie pod rygorem kary śmierci. Nawet młodzież, szczęściem nie polska, przykładała rękę do tej niemieckiej bestialskiej akcji.
         Część getta mieściła się w bloku posowieckim za stodołą Tadeusza Małeckiego, przy placu siostry mojej żony - Marii Margraf Kozuby. Tym placem, po zasianym przeze mnie życie, wyprowadzono Żydów. Kilku zastrzelono w życie, jednego przy słupku ulicznym. Kierowano ich w stronę stacji kolejowej, do transportu do obozu zagłady w Bełżcu. Zabijano niektórych po drodze, gdy z jakichś powodów nie nadążali za innymi.
         Duże grupy Żydów prowadzili Niemcy ulicą Kościuszki z Rynku na cmentarz żydowski do rozstrzelania. W takim orszaku (jak widziała z domu przez okno, mieszkająca naprzeciw cmentarza Zofia Mańkowska) szedł dr Józef Osterman, patrząc żałośnie w głąb ulicy Kościuszki. Może wspominał nasz dom, kiedy u nas mieszkał? Na żydowskim cmentarzu Niemcy rozstrzelali około 1500 osób, ponad 500 rozstrzelano koło Dachnowa (na polach Mokrzycy), a około 4000 wywieziono do likwidacji w obozie zagłady w Bełżcu.
         Widziałem jak Diament przed sądem odprowadzał będącą na wozie chłopskim swoją rodzinę, wiezioną na rozstrzelanie w bunkrze zbudowanym jeszcze przez Sowietów na polu w Mokrzycy (drogą w kierunku Bałaji i Załuża). Był żydowskim policjantem, pozostał zdrętwiały, milczący na drodze. Co myślał?
         W czasie akcji wysiedlania getta jakaś Żydówka - matka z dzieckiem - schroniła się za domem Anny Niecko (naprzeciw nas), tuż przy płocie Feliksa Fusińskiego. Dojrzał ich niemiecki żandarm i strzelił kilka razy, zabijając na miejscu. Jedna z tych kuł poprzez ulicę trafiła w nasz dom, przebiła ścianę pod sufitem, drasnęła sufit w pokoju, przedziurawiła ścianę w kuchni i zniżając znacznie lot, uderzyła w ścianę spiżami, pod którą na swym łóżku leżała babcia Katarzyna (matka żony). W tym dniu była u nas również stryjenka Hela Morgrafowa (z Agrasińskich), która szukała u nas schronienia. Po tym wydarzeniu domownicy skryli się za piecem, sądziliśmy bowiem, że Żydzi broniąc się, powodują strzelaninę i potyczki z niemieckimi żandarmami. Dalszych strzałów nie było.
         Tyle, może aż tyle zachowało się mojej pamięci. Pamięć jest zawodna, więc sięgam do kroniki ks. Józefa Mroczkowskiego z Oleszyc: "... W jasny, mroźny dzień 8.01.(l 943 r.) wyszło z gmachu żandarmerii w Lubaczowie kilkudziesięciu Niemców i policjantów ukraińskich... wtargnęli w środek dzielnicy żydowskiej. Zaczęli strzelać! Mężczyznę, kobietę, starca, dziecko - bez złości, bez awantur. Spokojnie, na zimno. Tu i tam - wszędzie. I wszędzie padały trupy a praca oprawców trwała dwie, potem trzy godziny, aż do zmęczenia, aż brakło stojących na nogach. Jedni wiedzeni przeczuciem już przedtem byli poza gettem, inni mieli podziemne schrony i tam się ukryli, na wpół martwi ze strachu, ostatnich ocaliło ryzyko ucieczki. Na tych, co jakimkolwiek sposobem pozostali jeszcze przy życiu, przewidziano następne, mroźne dni styczniowe, w których miano wytępić wszelki ślad po pokoleniu Izraela. W dniach 8-13 stycznia wyszukiwano ukrytych po norach i rumowiskach i na miejscu rozstrzeliwano. Trupy wywożono stosami na cmentarz i w rowy przeciwczołgowe. W Oleszycach także ukryło się wiele Żydów i co dzień po kilku, kilkunastu ich odnajdywano. Policja ukraińska była do tego jedyna. Trzeba było patrzeć i widzieć z jaką ochotą prowadzili znalezionych, z jaką radością celowali i strzelali do żywych ludzi; bez sądu, bez wyroku, bez żadnego rachunku. Strzelali, gorzej jak do psów lub zajęcy. Strzelali ich najpierw obok katolickiego cmentarza, ale ruski jegomość się sprzeciwił, bo to były właśnie jego święta, a ciągła strzelanina i świadomość, że po każdym strzale gaśnie ludzkie (nieraz młode) życie, mające prawo i środki do życia, poczęła drażnić ludzi, nawet tych bez uczuć. Dlatego też dalsze egzekucje odbywały się na cmentarzu żydowskim. Prowadzono wolnym krokiem wynędzniałą matkę z dziecięciem na ręku, starego łachmaniarza sinego od głodu i chłodu, młodą, ładną dziewczynkę żydowską -tych z tej, tamtych z innej ulicy. Na miejscu stracenia padał rozkaz, aby się rozebrać do bielizny. Głównie chodziło o buty, jeśli były w dobrym stanie. Następnie kazano położyć się na ziemi i czekać - kolejki... strzału w tył głowy".
         Po dwóch dniach akcja likwidacja Getta była zakończona. W obawie przed rozkładaniem się ciał zabitych i zarazą, ok. 2000 ciał nagromadzonych na cmentarzu żydowskim wywieziono do rowu przeciwczołgowego w Dachnowie. Przez kilka dni jeszcze ciągnęły do Dachnowa szeregi sań ze zwłokami, jak wcześniej szeregi osób przeznaczonych tam do rozstrzelania. Okropne sytuacje, okropne fakty i dni, mordy i działania, które nigdy nie powinny mieć miejsca. Oto co znaczy faszyzm, nienawiść, polityka...
         Nielicznym Żydom udało się przeżyć, a stało się to jedynie dzięki niesłychanej odwadze, ofiarności i pomocy niektórych Polaków, którzy zdecydowali się postawić na szali własne życie, w przypadku ujawnienia jakiejkolwiek pomocy Żydom, Niemcy rozstrzeliwali takie osoby bez sądu i dochodzenia szczegółów. Stąd brała się niemoc polskiej społeczności, nie mogliśmy zrobić nic, baliśmy się i jedynie mogliśmy współczuć ich niedoli i okrutnemu losowi.
         Nie tylko Żydów, ale i Cyganów dosięgła hitlerowska ręka nazizmu. W lesie bałajskim Niemcy rozstrzelali 106 Cyganów (Romów) i kilku Żydów. Jedną z takich kolumn prowadzono ulicą Kościuszki, moja żona Helena widziała idących, utkwił jej w pamięci szczególny widok młodej Cyganki z zawiniętym w tobole dzieckiem. Czy wiedziała, że idzie na śmierć?
         Jak już pisałem, akcja Niemców w stosunku do Żydów wzbudzała w gronie Polaków ogromny żal i ubolewanie. Były przypadki pomocy i chęci ulżenia ich ciężkiemu i okrutnemu losowi. Dostarczano skrycie pożywienie do Getta, rozdawano żywność w domach tym, którzy zdołali się z Getta przedostać do części aryjskiej. Nie odmawiano również pomocy przychodzącym na plebanię (przypomnijmy: dziekanem był wówczas ks. Stanisław Sobczyński, wikarym ks. Wiktor Haas, od 19 marca 1941 r. miejsce ks. Mariana Florków zajął ks. Wiktor Płończyński, ks. Florków przeszedł do Brusna). Wśród pomagających Żydom można wymienić mieszkankę Lisich Jam, która przechowała Szmula Druckera z Cieszanowa aż do końca wojny, inny natomiast mieszkaniec Lubaczowa wywiózł Żyda ukrytego w szafie na tereny poza San. Antoni Dorota z Młodowa ukrywał 2 rodziny żydowskie.
         Z całą pewnością sytuacji podobnych było więcej, należałoby tej sprawie poświęcić odrębne badania. W moim domu przyjęliśmy dr. Józefa Ostermana, poszukującego lokum po uzyskaniu zgody Niemców na okresowe zamieszkanie z rodziną poza Gettem. Szulima Szwarca z Oleszyc ukrywał mój szwagier Marian Kocielski z żoną Rozalią (z domu Margraf) i przypadek ten przedstawię szerzej.
         Szulim Szwarc pochodził z Oleszyc. Był młodym kawalerem, jego ojciec handlował zbożem i miał kamienicę piętrową przy rzymskokatolickim budynku parafii w Oleszycach. Podczas okupacji niemieckiej Szulim pracował w magazynach zbożowych uruchomionych w koszarach sowieckich przy ul. Kościuszki (dziś internat Zespołu Szkół Zawodowych). Jeszcze w 1930 r. Szulim Szwarc poznał się z moim szwagrem Marianem Kocielskim (Rozalia z Margrafów Kocielska i Helena Margrafów Szajowska - moja żona, były sierotami). Marian Kocielski był urzędnikiem Urzędu Skarbowego w Lubaczowie i potem nadal pracował w tym urzędzie podczas okupacji sowieckiej i niemieckiej. Gdy w 1942 r. Niemcy utworzyli w Lubaczowie Getto i zgrupowali w nim Żydów z powiatu lubaczowskiego, wszelkie zatrudnienia osób narodowości żydowskiej poza Gettem zostały cofnięte, również i Szulim Szwarc stracił pracę. Gdy pod koniec 1942 r. i z początkiem 1943 zaczęły krążyć pogłoski o mającej nastąpić likwidacji Getta, Szulim Szwarc umówił się z pewną osobą zamieszkałą przy ul. Kościuszki (w rejonie koszar) na jego ukrycie. Tymczasem z pewnych niezależnych od niego przyczyn sprawy potoczyły się inaczej. Z umówionego ukrycia nie udało mu się skorzystać i w krytycznej sytuacji zwrócił się z błagalną prośbą o udzielenie schronienia i ratunek do Rozalii i Mariana Kocielskich. Rozalia (z domu Margraf, siostra mojej żony Heleny) z mężem i trójką 6-8 letnich dzieci mieszkała w drewnianym domu, usytuowanym ok. 400 m za koszarami, po lewej stronie przy szosie do Młodowa, Nie bez obaw (ryzykowali przecież życiem własnym i dzieci), ale z samarytańskim, katolickim przekonaniem konieczności udzielenia pomocy, małżonkowie Kocielscy przystają na prośbę i przystępują do zorganizowania schronienia. Początkowo była nim mała piwniczka, potem szopa (komórka) w podwórzu za domem, ze specjalnie ułożoną z rąbanego drewna ślepą ścianą. Za taką ścianą była kryjówka Szulima Szwarca, kryjówka która miała być kilkudniowym ukryciem. Stało się inaczej. Akcja likwidacji Getta przebiegała bardzo szybko i po dwóch dniach została zakończona. Nie było do czego wracać, a pośpieszne wyjście z ukrycia groziło śmiercią. I tak, z krótkotrwałego, ukrycie przerodziło się w 16-miesięczne, tj. od 8 stycznia 1943 r. do 27 kwietnia 1944 r.
         Miałem swój epizod w opisywanym wydarzeniu. Był niezwykle śnieżny, mroźny styczeń, kiedy szwagier Kocielski zwrócił się do mnie z poufną prośbą o wyniesienie pewnych rzeczy z Getta. Wiedziałem, że skoro z Getta, to może chodzić jedynie o rzeczy osoby pochodzenia żydowskiego. Przytaknąłem szwagrowi niewiele się zastanawiając, bowiem jego prośba i związana z nią sytuacja, choć ryzykowna, była dla mnie ciekawa i nobilitująca. Odmówić nie potrafiłem. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, na co się decyduję. Nie wiem czy tak samo zachowałbym się dziś, gdy mam 87 lat. Wówczas w styczniu 1943 r. miałem o 57 lat mniej, byłem pierwszy do niesienia pomocy, podejmowania ryzyka. To młodość... Do Getta dotarłem w dzień, od ul. Tartacznej, poprzez żerdziowe ogrodzenie parceli, od strony pól. Rejon ul. Kopernika i Tartacznej nie był wówczas tak gęsto zabudowany, jak dzisiaj. Z budynku Siekierskiej, w którym znajdowała się najbliższa rodzina Szwarca, wyniosłem spakowane w tobole rzeczy dla ich syna. Głównie była to pościel i bielizna osobista. Przez nikogo nie zauważony, tą samą drogą, ale już mierząc skrupulatnie każdy swój krok i bacznie rozglądając się, opuściłem getto i doniosłem rzecz na miejsce. Dziś dopiero wiem, jak bardzo było to niebezpieczne. Miałem przecież żonę i 5-letniego syna. Przyłapanych w takich sytuacjach, pomagających Żydom, rozstrzeliwano.
         16 miesięcy to długi okres czasu. Do kryjówki Szulima Rozalia i Marian Kocielscy dostarczali, w tajemnicy przed sąsiadami i postronnymi osobami, żywność i coś do picia. Opowiadali mu zasłyszane wieści o sytuacji w Lubaczowie i kraju, przynosili niemiecką gazetę. Musieli to czynić ostrożnie, bo mieli wówczas troje dzieci w wieku 6-8 lat, które jeszcze długo po wojnie (do 1981 roku) nie wiedziały nic o tamtych wydarzeniach i zacnym uczynku swoich rodziców. Szulim mógł wychodzić z komórki na podwórze za domem tylko w nocy. Wychodził rozprostować się i pogimnastykować. Za sągami drewna w małej szopie nie można przecież spreparować przestronnego ukrycia. Raz w tygodniu, również nocą, przychodził do mieszkania na generalne mycie i golenie. Raz na trzy miesiące był strzyżony maszynką, którą pożyczono pod pozorem podstrzyżenia dzieci.
         Nadszedł kwiecień 1944 r., koniec wojny zdawał się być bliski. Ukraińcy wysunęli swoje roszczenia względem ziem polskich, dają o sobie znać oddziały UPA. W dniu 24 kwietnia 1944 r. Ukraińcy wywiesili na słupach wezwania do opuszczenia Lubaczowa pod groźbą śmierci. Ponieważ znane już nam były wcześniejsze mordy na Wołyniu i w innych rejonach, wezwanie to Polacy potraktowali poważnie. Moja rodzina (Szajowskich) i rodziny siostry mojej żony (Kocielscy) wyjechały transportem kolejowym w okolice Rzeszowa, do wsi Matysówka, a następnie do Woli Rafałowskiej. Ponieważ Kocielscy opuszczali swój dom, również kryjówkę musiał opuścić ukrywający się w ich domu Szulim Szwarc. Rozstali się jak dobrzy przyjaciele, którym się coś ważnego udało i pożegnali ze łzami w oczach. Oczywiście to pożegnanie musiało odbywać się nocą. Był 27 kwietnia 1944 r. Szulim Szwarc wyposażony w żywność, ciepłe ubranie, pieniądze, udał się do lasu, skąd potem przedostał się w okolice Oleszyc Starych, dołączając do grupy innych uciekinierów i osób ukrywających się w lasach. Udało mu się nawiązać kontakt ze swoją siostrą Ziporą w Palestynie, której przekazał listownie wieści o sobie. Ziporą, urodzona w Oleszycach, po ukończeniu przemyskiego gimnazjum w 1932 r. wyjechała z Polski. W liście opisał siostrze, że ukrywał się (gdzie i u kogo), pisał o smutnym losie Żydów i własnym obecnym ukrywaniu się w podoleszyckich lasach. Z listu wyzierała radość, że żyje, że jemu się udało, że wszystko ma się ku dobremu, pisał żeby się o niego nie martwiła. Stało się inaczej...
         Ponieważ pochodził z tych stron, znał te tereny i mieszkańców, polecono mu, by udał się do pobliskich chałup po żywność. Zaszedł do dawnego znajomego, do domu, w którym spodziewał się otrzymać pomoc i wsparcie, bowiem rodzina ta (nie polska) często korzystała na przednówku z pożyczek (nigdy nie oddanych) zboża u jego ojca. Wówczas dzieci starego Szwarca mówiły: "Tato, oni ci tego zboża nie zwrócą...". Na to Szwarc zwykł mawiać:
         "Ja wiem, ale oni są głodni ...". Te parę lat zmieniło sytuację na tyle, że nie było litości dla syna dawnego dobrodzieja, gospodarz okazał się katem. Zadenuncjowany Szulim dostał się w ręce policji niemieckiej i z końcem maja został rozstrzelany na Cmentarzu Żydowskim w Oleszycach. Los dopełnił się w okropny sposób, choć wszystko wskazywało na to, że będzie można żyć...
         Zipora Halpem z wielkim trudem nawiązała kontakt z córką Kocielskich, Jadwigą Kocielską Dobrucką mieszkającą w Krakowie. Chociaż jej bratu nie powiodło się, wystąpiła do stosownych stowarzyszeń i władz izraelskich z wnioskiem o nadanie Marianowi Kocielskiemu miana i medalu "Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata", jako dowód wdzięczności za postawę obojga małżonków Kocielskich. Uroczystość wręczenia medalu (pośmiertnie, bowiem ani Rozalia, ani Marian już nie żyli) odbyła się 14 października 1993 r. w Krakowie (Hotel Forum), wręczenia dokonał na ręce Jadwigi Kocielskiej-Dobruckiej ambasador Izraela - Gershon Zohar. Replika medalu (odrębnie awers i rewers) została umieszczona na ścianie grobowca Mariana i Aliny (Rozalii) Kocielskich, na cmentarzu zasańskim w Przemyślu, przez ich syna Zbigniewa.
         Na dyplomie honorowym (posiadam jego kopię oraz repliki medalu) napisano: "Niniejszym zaświadcza się, że Rada ds. Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata przy Instytucie Pamięci Narodowej >Yad Vashem< po zapoznaniu się ze złożoną dokumentacją postanowiła na posiedzeniu w dniu 10.III.1992 r. odznaczyć Mariana Kocielskiego Medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata, w dowód uznania, że z narażeniem własnego życia ratował Żydów prześladowanych w latach okupacji hitlerowskiej. Imię jego uwiecznione będzie na Honorowej Tablicy w Parku Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata na Wzgórzu Pamięci w Jerozolimie. Jerozolima. Izrael, dnia 22.11.1993' Według Gazety Wyborczej (Nr z 24.03.2000 r.) ww tytuł otrzymało dotąd 17 tysięcy osób na świecie, z czego 12 tysięcy to Polacy. Jeden z nich, jeden z 12-tu tysięcy Sprawiedliwych okazał się być lubaczowianinem. Oczywiście osób pomagających Żydom w okresie okupacji w Lubaczowie z pewnością było więcej. Z Zipora Halpem w latach 1997-1998 korespondowali moi synowie Adam i Mieczysław, bowiem zainteresowana była wiedzą i informacjami o Oleszycach, Lubaczowie, cmentarzu żydowskim i pozostałościach domu jej rodziców, z którego obecnie uczyniono budynek gospodarczy oleszyckiego probostwa. W 1998 r. córka Zipory powiadomiła syna Adama, że Zipora Halpem właśnie zmarła. Ta historia, która zaczęła się w dobie istnienia Getta, a skończyła współcześnie listem siostrzenicy Szulima Szwarca, przewinęła się przez naszą rodzinę i jako jedna z ważniejszych, pozostawiła ślad w pamięci. Ślad człowieczy, taki ludzki, ale nie zwyczajny, bo przecież nie musiało tak być...

    Eugeniusz Szajowski, Tylko ziemia została ta sama. Lubaczów 1942-1943, Rocznik Lubaczowski, t. IX-X, 2000, s. 176-290.

    <:: Powrót
    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .