::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • ::> Wspomnienia - Maria Bukowa (Lubaczów)

         Nazywam się Maria Bukowa i mam 80 lat. Urodziłam się w Lubaczowie i nadal tutaj mieszkam. Zdawałam pierwszą powojenną maturę w 1946r. PóĄniej pracowałam w Miejskiej Bibliotece Publicznej jako dyrektorka. Obecnie jestem już 25 lat na emeryturze.
         Społeczność żydowska skupiała się przeważnie w miastach i trudniła się przede wszystkim handlem. Po wsiach spotkać można było zaledwie kilka rodzin, które także trudniły się handlem. Był sklep spożywczy i obowiązkowo „Karczma”- odpowiednik naszych barów z trunkami. Jedna karczma znajdowała się na drodze z Lubaczowa do Młodowa (przy skręcie do Młodowa). Mieszkało tam pewne małżeństwo i ich dwójka dzieci. Byli zamożną rodziną. Duże dochody przynosiła im karczma. W połowie lat 30., nie jestem pewna czy był to rok 1934 czy 1935, zostali zamordowani w nocy w swoim własnym domu. Wszystko odbyło się w tajemnicy. Nikt nie został ukarany.
         W Lubaczowie znajdowały się dwa sklepy z mięsem tzw. jatki. Żyd Hendel miał swój sklep przy ul. Kościuszki niedaleko kościoła, między ulicą Krótką a Piłsudskiego. Był także sklep obuwniczy w miejscu obecnego sklepu mleczarskiego. Zarządzał nim Gabel. W mieście było dwóch piekarzy- Grosman zwany („Kojfcio”)-jego piekarnia mieściła się przy ulicy Kościuszki, drugim piekarzem był Silber- jego piekarnia znajdowała się na rogu rynku, przy ratuszu (obecnie sklep ze sprzętem AGD). Jego syn po wojnie pracował na wysokim stanowisku w ministerstwie. Pamiętam trzy cukiernie. Jedną z właścicielek była kobieta o przezwisku „Ruda”. Dwie cukiernie mieściły się obok siebie w obecnym budynku należącym do pana Medera, a trzecia w rynku. Był także sklep żelazny, którego właścicielem był König, przy ulicy Kościuszki. Żyd Dorner zajmował się sprzedażą węgla w domu, którego już nie ma. Jego córka nie miała typowej urody żydowskiej. Miała jasną karnację i dlatego uratowała się. Podobno zamieszkała w Lublinie. Nie znam szczegółów, gdyż nie mówiono o tym wprost. Z tego co się dowiedziałam, w Lublinie ukrywała swojego męża - Żyda. Kiedy był pewny, że wojna dobiegła końca i zbliża się front rosyjski, wyszedł z domu na podwórko. Niestety zobaczyli go sąsiedzi i donieśli o tym niemieckim żołnierzom. Został natychmiast zamordowany na własnym podwórku. W miejscu gdzie znajduje się pomnik był sklep z wapnem. Jego właścicielem był Halpern. Właścicielem sklepu z wyrobami wiklinowymi oraz meblami był Meiler. Galanterią i perfumerią zajmował się Blumenberg. Jego sklep znajdował się w miejscu dzisiejszej apteki w rynku. W mieście działała także księgarnia, która umożliwiała również wypożyczenie książki na kartę stałą lub za drobną opłatą. Prowadziły ją dwie panny Gotlibówny. W mieście było dwóch zegarmistrzów- Falik i Zimmerman. W budynku obecnego sklepu dziecięcego „DOMUS” pani Helsbergier miała swój sklep z materiałami. Jej syn chodził do jednej klasy z moim bratem. W Lubaczowie było wielu lekarzy, ale tylko jeden z nich był Żydem o nazwisku „Goldreich”. Pamiętam dwóch dentystów, do których chodziłam razem z mamą. Jeden z nich- Spira miał swój gabinet w rynku na piętrze nad obecną apteką. Działał także dentysta Rotter i mieszkał w kamienicy przy ulicy Mickiewicza. Jego syn Zbyszek przyjął wiarę katolicką. Gdy wracał z wojny w 1939 roku zachorował na tyfus. Jako katolik został pochowany na „polskim” cmentarzu. Było dwóch adwokatów- Fiżbajn, mieszkał przy ulicy 3 Maja przed mostem oraz Osterman. W mieście działało dwóch krawców. Korman krawcem zarówno damskim jak i męskim. Natomiast Szpilman był krawcem męskim. Mieszkał w dzielnicy obecnie zwanej: Unii Lubelskiej. Po wojnie do Lubaczowa powrócił Żyd o nazwisku Kac. Mieszkał przy ulicy Kościuszki, gdzie obecnie znajduje się CECH Rzemiosł Różnych. Założył zakład krawiecki, ale czuł się osamotniony wśród Polaków i po kilku miesiącach wyjechał. Krawcowymi były Słuwa i Hajcia. Słuwa mieszkała na ulicy Piłsudskiego, a ostatnim miejscem zamieszkania Hajci był dom przy ulicy Kościuszki. W mieście działało też dwóch fotografów. Dużą popularnością cieszył się zakład „Weinera”. Mieścił się on w podwórzu kamienicy nr 10 w Rynku, gdzie obecnie jest sklep „Hebar”. Zaś drugi fotograf Fuks mieszkał przy ul. Wyszyńskiego, obok cerkwi. Hrabia Gotuchowski, który był właścicielem dóbr ziemskich w Lubaczowie i okolicy zatrudniał Żydów jako administratorów w swoich zakładach. Tartakiem, który znajdował się w Lubaczowie zarządzał Żyd Sznajder. Zamkiem na wzgórzu (w starym parku) i przyległych ziemiach zajmował się Frizer. W latach 20. i 30. istniał zespół muzyczny dwóch braci o nazwisku Frenkiel. Grali oni na weselach i zabawach. Ich drewniany dom mieścił się na rogu ulicy św. Anny i Konery, przed obecnym domem handlowym.
         Opowiem teraz pewną historię o dwóch braciach Bronku i Józku. Mój brat Stanisław Jagodziński w latach 40. Uczęszczał do szkoły zwanej dziesięciolatką w Lubaczowie z dwoma braćmi- Żydami o nazwisku Finkelteil. Nie mieszkali w Lubaczowie, lecz w Oleszycach. Ich ojciec był z zawodu adwokatem, a dziadek zarządcą tartaku w Oleszycach. Młodszy brat Józef nie miał typowej urody żydowskiej. To znaczy, był szatynem i miał jasną karnację. Postarał się o polskie dokumenty i przyjął polskie nazwisko- Szajowski. Miał on szansę na uratowanie się. Chciał wyjechać do większego miasta, ale nie miał możliwości, ponieważ nie miał gdzie zamieszkać. Mój brat pomógł mu i postarał się, aby zatrzymał się u jego znajomych w Krakowie. Po kilku dniach, z własnego wyboru, dał się złapać w tzw. „łapance”. Dostał się do Niemiec i prawdopodobnie tam zamieszkał. Nie pisał do nas. Mój brat napisał do niego, ale nie otrzymał odpowiedzi. Pewnie Józek bał się o swoje życie i nie chciał się zdradzać. PóĄniej dowiedzieliśmy się od pewnej osoby z Lubaczowa, która przebywała w Niemczech, że Józek poznał Francuzkę i wybiera się do Francji. Od tamtej pory, po zakończonej wojnie, nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości. Niespodziewanie, dwa lata temu, skontaktowała się z nami jego córka. Józef nie mówił swojej rodzinie, żonie i dzieciom, o swoim pochodzeniu i swojej przeszłości. Nie przyznał się do tego, że był Żydem. Jego córka chciała dowiedzieć się czegoś o swoim pochodzeniu, o swojej rodzinie. Przez internet odnalazła rodzinę Szajowskich. Adam Szajowski, syn Eugeniusza, który mieszka obecnie w Stalowej Woli nawiązał kontakt z córką tego Żyda, która mieszka w Szwecji. Dowiedziała się, że Szajowscy nie są jej rodziną. Poznała prawdę o swoim ojcu, że jest Żydem i udało mu się uratować. Powiedziała nam, że przez te wszystkie lata mieszkała z rodziną w Szczecinie. W czasie, gdy doszły do nas te informacje Józef jeszcze żył. Niestety mój brat zmarł dwa dni przed tym, jak się o tym dowiedzieliśmy się.
         Z tego co pamiętam Żydzi nie wyróżniali się specjalnie od polskich mieszkańców Lubaczowa. Ich ubiór codzienny był normalny. Inaczej ubierali się na święto Szabatu. Starsi Żydzi ubrani byli w czarne kamizelki, a na głowach mieli jarmułki. Na nabożeństwo zakładali białe szale, czarne chałaty i czapki obszyte futerkiem. Na podwórkach Żydów stały małe szopki, tzw. kuczki. Prawdopodobnie były to miejsca przeznaczone do odmawiania modlitw. Chłopcy często je niszczyli dla dobrej zabawy. Kiedy Żydzi, właściciele sklepów, obchodzili swoje święta, dawali swoim klientom chamana (były to małe ciasteczka w macy). Opowiem teraz o szkołach. Do szkoły chodziły zarówno dzieci żydowskie jak i polskie. Razem ze mną uczęszczały Żydówki i zdawały ze mną pierwszą powojenną maturę. Ze mną chodziło około 5 Żydów. W polskiej szkole nie było nauczycieli pochodzenia żydowskiego. Nauczali jedynie Ukraińcy i Polacy. Wcześniej, kiedy jeszcze nie chodziłam do szkoły, uczyła żydowska para małżeńska, o nazwisku Freundlich. Nie pamiętam, żeby między Polakami a Żydami były nieprzyjemne stosunki i sytuacje. Zdarzało się jedynie, że chłopcy w celu dobrej zabawy łobuzowali.
         Przejdę teraz do opisu życia Żydów w czasie wojny. Żydzi nie mieszkali już w swoich domach. Znajdowali się w getcie. Przebywali tam nie tylko Żydzi z Lubaczowa, ale z całego powiatu. Działy się tam straszne rzeczy. Niemcy strzelali do Żydów. Wielu Żydom udało się uciec. Zimą, w styczniu uciekali do lasów. Razem z rodziną widziałam ich ślady pozostawione na śniegu oraz uciekających ludzi. Po chwili nadeszli Niemcy i wszystkich zastrzeli. Pamiętam młodą Żydówkę, która wyszła z lasu i wróciła do getta. Po chwili usłyszałam strzały i zobaczyłam tą sama kobietę leżącą na saniach.. „Sanie ”, na których przewożono zamordowanych ludzi na zbiorową mogiłę do okopów w Dachnowie, składały się z płóz i zbitych desek. Strasznym widokiem było patrzenie jak ładowali ciała na owe sanie. Podczas przewozu widać było zakrwawione głowy i zamarznięte kończyny, które odstawały na różne strony. Pamiętam jak prowadzono całe grupy Żydów, których za chwilę miano rozstrzelać. Trwało to kilka tygodni. Na początku budziło to strach i oburzenie, ale z czasem człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Pamiętam, jak pewnego dnia dwóch-trzech Niemców oraz dwóch Ukraińców prowadziło 50-cio osobową grupę Żydów. Nie próbowali nawet uciekać, ponieważ Niemcy mieli ze sobą broń i w każdej chwili mogli ich zastrzelić. Szli pokornie, ale jedna z kobiet była w ogromnym szoku. Szła z grzebieniem w ręku i czesała się, poprawiała fryzurę i ubranie. Był to dziwny widok. Nieraz zdarzało się, że Żydzi zostali tylko postrzeleni, wtedy przychodzili zakrwawieni na podwórka sąsiadów i prosili o udzielenie im pomocy. Polacy nie mogli przetrzymywać w domu Żydów. Groziło to rozstrzelaniem. Pamiętam jak w samo południe, Niemiec prowadził ośmiu Żydów na rozstrzelanie. Skręcił on w wąską uliczkę przed moim domem i tam ich rozstrzelał. Widziałam jak potem przez kilka dni zamordowani leżeli naprzeciw naszego podwórka i nikt nie miał zamiaru ich zabrać i pogrzebać.
         Żydzi starali uciec z getta i próbować się ukryć. Niestety nie wszystkim to się udawało. Żydzi przed śmiercią chowali się w piwnicach. Nie była to jednak dobra kryjówka w zimie. Gdy gotowali jedzenie, mury nagrzewały się i parowały na zewnątrz. Wtedy śnieg przylegający do murów topił się. W ten sposób można było łatwo odnaleĄć ich miejsce pobytu.
         Naprzeciw obecnego domu handlowego znajdował się szpital żydowski. Kiedy z całą rodziną szliśmy do kościoła, widziałam jak pod jednym z okien tego szpitala leżała kobieta z zakrwawioną głową.
         To co się zdarzyło podczas II wojny światowej było straszne. Nie wyobrażam sobie jak można było przeprowadzać mordy na bezbronnych ludzi. W tym okresie Lubaczów zamieszkiwało ok. 7 000 Żydów, Ukraińców i Polaków. Obecnie w Lubaczowie mieszka
    ok. 14 000 Polaków.

    <:: Powrót

    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .