::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • ::> Wspomnienia - Jadwiga Mach (Basznia Dolna)

         Wiele osób uważa, że Żydzi to inny naród, mało znany, mający głównie ujemne cechy. W przedwojennej Polsce było ich bardzo wielu, mieszkali prawie wszędzie. Prowadzili liczne interesy, przez co wielu Polaków uważało ich za wyzyskiwaczy. Najczęściej było tak, że interesy szły całkiem dobrze, a ludzie byli jak zwykle zazdrośni i łatwo było im wmówić, że Żydzi oszukują na przykład na prostej wymianie zboża. Takie nastawienie wykorzystywali Niemcy podczas okupacji. Często zapominano o sumieniu przez bojaźń przed potęgą wojsk Hitlera.
         Przed wybuchem wojny w Baszni Dolnej nie trudno było spotkać Żyda. Mieszkali oni praktycznie razem z Polakami, często "przez płot". Niektórzy uważają, że z Żydami żyło się czasem nawet lepiej niż z własnymi rodakami. Dzieci chodziły razem do szkoły, między sobą handlowano, pomagano sobie nawzajem przy pracy na polu.
         Dom, w którym się urodziłam, był zawsze otwarty dla wszystkich. Gdy wybuchła wojna byłam jeszcze dzieckiem. Wtedy wszystko zaczęło zmieniać barwy. Mój ojciec przyjaźnił się z Żydem imieniem Haskiel Meiler. Miał on żonę Estę i dzieci Heikę, Bolcia, Hencię i najmłodszego Jankiela. Haskiel i mój ojciec żyli jak bracia. Często razem jeździli do Lwowa sprzedawać zboże i kupować inne potrzebne rzeczy. Był on właściwie jedynym Żydem, który za namową mojego ojca uprawiał ziemię. Mieszkał niedaleko w przysiółku Ruda w miejscowości Basznia Dolna.
         Mieszkali tam również: Esta Nusyn z mężem, córką Hancią i synem Duwcem, Żyd Moszko i Jankiel z żoną Surą i dziećmi Łajką, Duwciem i Hancią. W przysiółku Szymeczki mieszkał Schmill z żoną Hową i córką Hancią. Basznia słynęła wówczas gorzelni, prowadzonej przez Jośko Araka i jego brata. Hojza, dobrze wszystkim znany, obrotny człowiek posiadał sklep w Baszni i w Lubaczowie przy Rynku pod numerem 10. Korbman i Bodenstein mieszkali na terenie Lubaczowa.
         Gdy wkroczyły wojska niemieckie, rozpoczęły się prześladowania. W Lubaczowie stworzono getto przy obecnej ulicy Świętej Anny. Budynki otoczono sztachetami wysokimi na ponad dwa, może trzy metry. Tam dopiero zaczynał się inny świat.
         Pod karą śmierci kazano Żydom zamieszkać w getcie. Nikt nikogo nie popychał, nie targał, ani nie krzyczał nad uchem - idź dalej. Oni szli tam sami, jak baranki na rzeź. Jednak to był dopiero początek. Po niedługim czasie, około miesiąca, dosłownie ładowano ich do pociągów przeznaczonych do przewozu bydła i wywożono głównie do Bełżca. Tam spędzano ludzi do komór gazowych, gdzie ich truto, a następnie do krematorium. Taki był los tych, którzy oddawali się w ręce Niemców.
         Ci, którzy postanowili się ukrywać, najczęściej marnie kończyli tzn. z kulą w głowie w przydrożnym rowie. Gdy złapano większą ilość osób, to prowadzono ich do pobliskiego lasu za przysiółkiem Ruda. Tam znajdowały się pozostałości po rosyjskich okopach. Strzelano do nich, a następnie chowano po około 30 osób. Do dziś znajdują się tam ich szczątki. Jednak nie ma tam śladu po masakrze.
         Przyjaciel mojego ojca zdołał się wymknąć. Ukrywał się w lasach. Pewnego wieczoru przyszedł do nas i poprosił o coś do jedzenia. Ojciec dał mu bochenek chleba i coś na drogę. Nie wchodził do domu, bo bał się, by nam nie stała się jakaś krzywda. Poszedł w stronę przysiółka Piaski i wtedy ostatni raz widzieliśmy go. Później dowiedzieliśmy się, że Haskiela zamordowano. W drodze spotkał pewnego Ukraińca, Parobija, który go pojmał i doprowadził do jednego z żołnierzy. Willi zanim zabił Haskiela Meilera, zapytał go, kto mu dał jedzenie. Haskiel wiedział, że nic go już nie uratuje. Odpowiedział, że nic go to nie powinno obchodzić i tak umarł.
         Wioska nie miała żadnego grabarza, ani nikogo, kto mógłby się zająć ciałami zmarłych. Wojskowi często brali, kogo popadnie, tego, kto miał konie i wóz. Tak się złożyło, że kazano mojemu ojcu zawieść Haskiela na miejsce spoczynku.
         Przez kilka miesięcy pozostawiano przy życiu braci Arak, korzystając z ich usług. Jednak i to się skończyło. W końcu przyszedł żołnierz i zamordował ich, wrzucając do przydrożnego rowu. Dwa dni później przyjechała ich siostra ze Lwowa, myśląc, że uratuje się tu wraz z dzieckiem. Było jednak za późno. Do naszego domu przyszli Niemcy, cudem nas nie zabili. Zaprowadzili ją z dzieckiem do lasu, gdzie był wykopany rów. Sama do niego weszła. Nie było po niej widać strachu. Tam zginęła ona i jej dziecko.

    Smutno było patrzeć, jak giną przyjaciele.

    Wywiad przeprowadziła Małgorzata Mach uczennica klasy II Publicznego Gimnazjum nr 1 im. Przemysława Inglota w Lubaczowie.

    <:: Powrót
    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .