::> Menu
  • Strona główna
  • Zdjęcia
  • Historia
  • Pamiątki
  • Pocztówki
  • Wspomnienia
  • Kroniki
  • Rejestr
  • Cmentarz
  • Litografie
  • Marian Kopf
  • FODZ
  • Listy
  • O stronie
  • Kontakt
    ::> News
  • Szkolenie Wojewódzkie Lubelska jesziwa
  • Ogólnopolska prezentacja Synagoga Nożyków w Warszawie
  • Wizyta Rabina (15 Listopad 2006)
    ::> Konkursy
  • Konkurs 2005/2006
  • Konkurs 2006/2007
    ::> Warto zajrzeć
  • Nasze gimnazjum
  • Lubaczow
  • Fodz.pl
  • Centrum Windows
  • Część pierwsza i druga | Część trzecia | Część czwarta

    ::> Wspomnienia - Marian Kopf - część pierwsza i druga

    "Tamten czas"

         Urodziłem się w Lubaczowie1 , ale przed II wojną światową mieszkałem razem z rodzicami w Rzeszowie i tam chodziłem do szkoły. Do Lubaczowa przyjeżdżałem co roku na wszystkie wakacje, w lecie i w zimie do moich dziadków Franciszków Ladów mieszkających przy ul. Kościuszki 27 (stary numer). Lubaczów tamtego czasu w lecie był pełen zieleni, ogrodów i pól. Od naszego ogrodu do samej stacji kolejowej, tj. pomiędzy ulicą Kopernika, a dawną drogą, ul. Tartaczną (dziś ul. Słowackiego) były pola, latem łany zbóż, tak, że ze stacji kolejowej chodziłem zwykłą miedzą do domu dziadków. Zimą zaś Lubaczów tonął w wielkim śniegu, zawsze zimy były śnieżne i mroźne, a zające przychodziły do samego miasta do ogrodów, gdzie obgryzały korę z owocowych drzewek, również i na ogrodzie dziadków. Podczas takich zimowych, mroźnych nocy psy swoim zajadłym szczekaniem dawały znać o podchodzeniu też wilków od strony łąk i rzeki. W nocy wśród gwiaździstego nieba zawsze był dobrze widoczny, składający się z 7 gwiazd "wielki wóz". W zimie na ulicach jeździły sanie, konie miały przytwierdzone dzwonki przy dyszlu, które mile dzwoniły. W Lubaczowie przed wojną na ulicach bardzo rzadko można było zobaczyć auto lub motocykl, główną siłą pociągową były tylko konie. Na rynku w każdy poniedziałek był targ, pełen chłopskich wozów, przy których uwijali się żydowscy kupcy. Tak jak dzisiaj stała studnia, naprzód na kołowrotek, potem na pompę ze swoim charakterystycznym daszkiem, ale opodal były tylko 3-4 drzewka i dookoła ogromne błoto, kiedy padał deszcz, a taką cechą charakterystyczną dla każdej ulicy były duże kałuże wody i błota, szczególnie na wiosnę i w jesieni. Na takich małych uliczkach, jak Rejtana, Kopernika czy na tzw. Małym i dużym wale, tj. obecnych ulicach Piłsudskiego i Unii Lubelskiej, zamiast płyt kamiennych chodnika, były ułożone podwójnie długie deski do przechodzenia dla ludzi. W lecie wielką atrakcją była rzeka, płynąca od strony Lisich Jam i Młodowa, woda czysta, pełna ryb, łąki piękne, pachnące, pełne bujnej trawy i ziół, środowisko przyrody niczym nie skażone. W lecie, szczególnie w ciepłe wieczory, o zmroku na plaży rzeki naprzeciwko żydowskiego cmentarza, kąpali się Żydzi, młodzi i starzy wszyscy razem, zupełnie nago, miało to charakter obrzędowy, rytuału. Był to osobliwy zwyczaj uprawiany przez Żydów. Lubaczowski zamek był zasłonięty przez wiekowe drzewa jego parku, a widoczny był z daleka tylko w okresie, kiedy drzewa nie miały liści.
         W zimie wielką atrakcją dla dzieci było zjeżdżanie na sankach, z tzw. "górki Strzeleckiego", gdzie obecnie stoi duży budynek, dawne kino "Melodia". Budynek ten, jak i obok drugi, obecne Liceum, wystawiony został przed samą wojną, a dokończony w swojej budowie już po wojnie. "Górka Strzeleckiego" była wtedy o wiele wyższa, a łąki u jej stóp były w dużej mierze prawie bagnem, po którym przechodząc, z trudem wyjmowało się buty. Obecnie na tym terenie stoi cala dzielnica domków jednorodzinnych. Teren ten nazywany był "Łążkiem", na którym pasły się konie. Jeszcze na początku lat trzydziestych, na tym wzniesieniu, obok żydowskiego cmentarza, w tym miejscu, gdzie stoi budynek Liceum, była żydowska karczma i obok niej mały drewniany dom, też żydowski. Na karczmie był stary jeszcze austriacki zniszczony szyld z napisem "Propinencya".
         Pamiętam jeszcze Lubaczów, kiedy wieczorem w oknach świeciło się światło z lamp naftowych, a na ulicach w dużych odstępach od siebie były umieszczone słupy, z których zwisały duże czarne lampy oświetleniowe, naftowe a potem gazowe, dające słabe oświetlenie w małej odległości od słupa. Lampy te były nieliczne i znajdowały się zwykle na rogach ulic i w rynku. Przed zapadnięciem zmroku chodził od lampy do lampy pracownik tzw. Gminy (obecny Urząd Miejski) z małą drabinką wspinając się po niej do zapalenia lampy, potem chodził już bez drabinki, spuszczając lampę na drucie na dół, po zapaleniu podciągał ją z powrotem do góry. Jak opowiadała mi matka, jeszcze przed pierwszą wojną światową, w nocy, jak wracali z rynku, z szynku do koszar austriaccy oficerowie pijani, to cięli po tych lampach szablami (przejaw bohaterstwa) i ulica Kościuszki dawniej zwana Młodowską-koszarową tonęła w ciemnościach. Na końcu ul. Kościuszki, jeszcze niezabudowanej tak jak obecnie, znajdowały się koszary 39 pułku piechoty, a w bramie w budce strażniczej stał żołnierz na warcie. Za koszarami, dalej od strony wschodniej znajdowała się wojskowa strzelnica w postaci wysokiego wału ziemi, od której to często było słychać pojedyncze strzały ćwiczebne z karabinów. Już w połowie lat trzydziestych, w coraz większej ilości domów, były zakładane instalacje elektrycznego oświetlenia. Energia elektryczna pochodziła z turbiny miejscowego młyna. Tu, gdzie dzisiaj jest szeroka asfaltowa droga, od miejsca Miejskiej Biblioteki zwana ulicą Sienkiewicza i prowadząca za kościołem do skrzyżowania z ul. 3 Maja (dawniej ulica Zamkowa) była wąska dróżka o ziemnej nawierzchni, którą mógł przejechać tylko jeden wóz i która miała swój duży spad, tj. obniżenie poziomu tej dróżki na skrzyżowaniu z uliczką Rejtana, jak znajduje się studnia. Od tego miejsca wznosiła się wysoka górka, która była dalszym ciągiem tej uliczki za kościołem, gdzie z prawej strony tej drogi znajdowała się wysoka skarpa ziemi, która po wojnie została obudowana ścianą z cementu. Teren, na którym stoi pomnik oraz przyległe budynki również posiadał taką wysoką skarpę, która w swoim ciągu w kierunku zachodnim znajdowała się od strony cerkwi i jej plebanii, następnie skręcając na skrzyżowaniu ulic z ul. Unii Lubelskiej, zwaną dawniej Dużym Wałem, skarpa ta prowadziła aż do skrzyżowania z ulicą Konopnickiej. Po wielkim pożarze całej dzielnicy żydowskiej w dniu 22 czerwca 1941 roku, która znajdowała się pomiędzy ul. Unii Lubelskiej a budynkami samego rynku od strony starej szkoły i ratusza, ta tak charakterystyczna dla widoku miasta skarpa została zupełnie zniwelowana, zniesiona też przez duże podniesienie samej nawierzchni drogi tej ulicy. Pod tym względem krajobraz miasta w jego kilku miejscach bardzo się zmienił. Niezmiennym motywem pozostają dwie wieże kościołów rzymsko i greckokatolickich widocznych z wielu kilometrów od miasta. Do dnia dzisiejszego ślady dużego wału, tj. takiej wysokiej skarpy pozostają za osiedlem Unii Lubelskiej i dalej za mostem kolejowym na Piaskach, a następnie przechodząc przez drogę do Dachnowa, gdzie została również zniesiona, ponownie wyrastają za tą drogą od strony łąk prowadząc w kierunku wioski Bałaje. Kiedyś Lubaczów był opasany takim dużym wałem ze wszystkich stron.
         Przed wojną, ale i jeszcze podczas wojny do czasów okupacji niemieckiej w lecie 1941 roku, szedł ulicą o godzinie 4 rano Żyd z grubą laską i walił mocno po wszystkich żydowskich drzwiach domów, wołając głośno "in si szul arain", wzywając Żydów na modlitwę do miejscowej synagogi. Dotyczyło to tylko samych mężczyzn, którzy po tym budzeniu udawali się z grubymi książkami do swojej Bożnicy, która znajdowała się w tym miejscu, gdzie obecnie stoi budynek poczty i jeszcze dalej w kierunku placu, gdzie stał drugi pomnik w Lubaczowie, ale został rozebrany na początku lat dziewięćdziesiątych. Tych synagog było dwie, od strony ulicy była duża murowana, na biało malowana, o grubych murach z dużymi oknami-witrażami z wejściem od strony rynku, a obok tej murowanej, od strony zachodniej była druga synagoga drewniana, stara i mniejsza. Tu przez cały dzień gromadzili się Żydzi, nie tylko wewnątrz, ale i na zewnątrz swoich świątyń głośno się naradzając. Obie synagogi zostały spalone w nocy z 13 na 14 września 1939 r., tj. z środy na czwartek. Podczas pożaru cały rynek i przyległa dzielnica były jasno oświetlone. Żydzi, którzy mieszkali w naszym sąsiedztwie wyszli na podwórze swoje i głośno zawodzili.
         Zanim jeszcze wybuchła wojna, podczas której wylatywały szyby w oknach, miało miejsce takie wydarzenie: latem 1937 roku, był to lipiec, w godzinach popołudniowych w bardzo upalny dzień, od strony zachodniej nadeszła ogromna, czarna chmura nad miasto, rozpętała się okropna burza z piorunami, wiatr zrywał dachy i łamał drzewa, nagle padający grad wielkości dużych kurzych jaj, zaczął wybijać szyby w oknach od strony zachodniej, strach był wielki. Na łąkach została zabita krowa i dużo gęsi. Po przejściu burzy, dużo lodu leżało wszędzie, a nastąpiło takie nagłe oziębienie, że trzeba było ubrać zimowy płaszcz. Na drugi dzień u miejscowego szklarza zabrakło szyb do okien.
         Największą atrakcją było kino Markiewicza, wybudowane specjalnie w tym celu z czerwonej cegły, tuż przy zbiegu ulicy Kościuszki z drogą tartaczną, dziś ulica Słowackiego. Kino było dość duże, jeszcze na początku lat trzydziestych były wyświetlane filmy nieme, nie były to jeszcze filmy fabularne o jednolitej treści. Taki film niemy składał się z wielu składanek, krótkich o bardzo różnej treści. Podczas wyświetlania filmu opodal ekranu żydowscy muzykanci przygrywali odpowiednio do treści na ekranie. Film często się rwał i w czasie jednego seansu, było kilka przerw, co bardzo złościło widzów.
         W okresie międzywojennym w Lubaczowie "często paliło się", tak to nazywali mieszkańcy miasta. Mówiono wtedy, że to podpalają ci, co mają prywatne kasy pożyczkowe, żeby w ten sposób "szedł interes" w tych kasach, a kas takich w mieście było kilka. W rynku prawie wszystkie sklepy były żydowskie i na pozostałych ulicach także. W lecie w sobotę i w niedzielę, kiedy było ciepło i nie padał deszcz, Żydówki przed swoje domy wynosiły stołki, krzesła i tak rzędem jak stały ich domy, całymi godzinami, przez cały dzień siedziały rozmawiając i obserwując przechodzących ulicą. To był taki zwyczaj od bardzo wielu lat. Tak, jak to ma do dzisiaj jeszcze miejsce, ulicami na cmentarz szły pogrzeby. W przeciwieństwie do pogrzebów chrześcijan, pogrzeb żydowski byt bardzo skromny. Żydzi nie byli chowani w trumnach, tylko w pakach drewnianych, często zwykłych deskach zbitych bez żadnych emblematów religijnych. Z pogrzebem szedł rabin ze swoim pomocnikiem, którego nazywano "szmajgies", żałobnicy składali się głównie z mężczyzn, a zamiast śpiewu religijnego słychać było tylko zawodzenie, jęk. Oprócz handlu zajmowali się też rzemiosłem np. zegarmistrzostwem, krawiectwem, wyrobem czapek itp. Żydów w Lubaczowie było bardzo dużo, a od roku 1939 było ich więcej aniżeli wszystkich pozostałych mieszkańców miasta. Po roku 1938 było dużo uciekinierów z Niemiec hitlerowskich.
         Były też różne zwyczaje, jak i ten, że podczas procesji Bożego Ciała razem z księdzem Sobczyńskim, dziekanem parafii św. Stanisława szedł ksiądz greckokatolicki z parafii św. Mikołaja. W zimie, w styczniu w procesji greckokatolickiej na święto Jordanu, nad rzekę szedł również ksiądz Sobczyński razem z księdzem greckokatolickim. Był taki zwyczaj, że jak bił dzwon z kościoła lub cerkwi, to wszyscy jednakowo się żegnali, bez różnicy religii. Z lubaczowskiego tartaku, który był ważną fabryką dla miasta pozostał tylko komin, a tartak był duży z jeszcze większym placem, na którym były składowane deski i grube pnie drzew. Plac był ogrodzony wysokim płotem. Przy tartaku rosły stare, wysokie drzewa, w dziuplach gnieździły się zawsze sowy, podobnie jak w zamkowym parku i na cmentarzu. Podczas letnich nocy sowy te latały nad całym miastem, a swoim nieprzyjemnym krzykiem budziły strach, który wynikał z pewnego wierzenia o zwiastunach nieszczęścia.
         W połowie lat trzydziestych była wielka powódź. Woda zalała całe łąki, aż pod sam cmentarz i ulicę Rejtana i dalej za mostem na Ostrowiec, pod samą ulicę Młyńską, która nazywała się ulicą Szaszkiewicza. Tak samo zalane były inne łąki dookoła miasta, od strony zachodniej i północnej. Ludzie szli na "górkę Strzeleckiego" patrzeć jak wygląda powódź, całe łąki od samego cmentarza aż po Starzynę były jednym jeziorem, z którego tylko wystawały konary drzew, wierzchołki krzaków. Cały obszar, na którym dzisiaj stoi nowe osiedle domków jednorodzinnych był zalany wodą i to nie płytką wodą, ale na jeden metr od powierzchni brzegu rzeki. Później krowy i konie chorowały na pryszczycę. Na rogu rynku i dawnej uliczki Konery znajdował się budynek Gimnazjum, którego dyrektor Nowak mieszkał u moich dziadków. Co roku po odbytej maturze w nocy temu dyrektorowi wybijali szyby.
         Na początku lat trzydziestych, w okresie lata, szczególnym wydarzeniem dla ludności żydowskiej byt przyjazd do miasta ich Cadyka z Bełza. Cadyk ten był uważany przez Żydów za świętego, cudotwórcę. Na rynek przyjechał bryczką. Na tej bryczce z przodu i z tyłu uczepieni byli młodzi Żydzi. Jak na bryczce było 4 miejsca, to Żydów na bryczce było dwa razy tyle. Wyglądało to śmiesznie, a tłum Żydów zebranych na Rynku wiwatował i po prostu ogromnie krzyczał. Potem Żydzi zdjęli z bryczki swego Cadyka i na rękach nieśli do tej murowanej synagogi, a z boku inni podbiegali i całowali go po butach, po ubraniu. Był to wielki dzień dla lubaczowskich Żydów.
         Kiedy wybuchał pożar, to bito w gong, czyli kawałek wiszącej szyny celem zwoływania strażaków do sikawki, potem w kierunku pożaru jechał wóz strażacki, długi jak drabiniasty, zaprzęgnięty w 4 konie, na środku wozu znajdowała się wielka beczka, dlatego też wóz ten był nazywany beczkowozem. Była też pompa-sikawka ręczna, wiadra, haki, siedziało ze 2-3 strażaków, a pozostali jechali drugim wozem. Beczkowóz miał duży dzwonek i jeden ze strażaków cały czas dzwonił, aby wszyscy usuwali się z drogi i dawali wolny przejazd. Remiza strażacka była za Gminą z tyłu, w takiej szopie. Z wieży kościoła można było zobaczyć obszar na wiele kilometrów od miasta, jako punkt obserwacyjny. Jak był pożar na wsi, to wtedy jeden z mieszkańców siadał na konia i pędził do Lubaczowa po strażaków, ale paliły się zwykle strzechy i pomoc zawsze już była spóźniona. W samym mieście Lubaczowie przy wszystkich ulicach, za wyjątkiem rynku można było zobaczyć dużo strzech, szczególnie były to stodoły i stajnie. Bardzo duży procent był domów drewnianych. Okoliczne wsie prawie wszystkie były pod strzechą. Do wyjątków należały szkoły. które posiadały mur i dach kryty najczęściej dachówką.
         Aby dać świadectwo prawdzie, należy wspomnieć, że kiedy przyjechał do Lubaczowa Cadyk z Bełza (nie mylić z Bełżcem), na rynku ze strony chrześcijan witał go też proboszcz parafii św. Stanisława, ksiądz Stanisław Sobczyński, ale nie można było zobaczyć szczegółów powitania, gdyż kłębił się taki wielki tłum Żydów, że cały rynek to byli sami Żydzi i nie tylko miejscowi, ale z Oleszyc, Cieszanowa i z pozostałych okolic. Ponieważ Żydzi chodzili w czarnych chałatach, to cały rynek był aż czarny od nich. Ludzie wtedy mówili, iż nikt nie wiedział, że aż tak dużo jest tych Żydów u nas. Również Żydzi posiadali autobus, jako komunikację między miastami, miasteczkami i wsiami, tam, gdzie nie było kolei. Autobus ten nie miał wyglądu tego, jaki posiada dzisiaj i często był zbudowany z ciężarowego auta ze zwykłymi ławkami w środku, a z boku były wycięte po dwa małe okienka.
         Ulubioną zabawą młodzieży - dzieci były w lecie podwórkowe huśtawki, chodzenie na szczudłach i granie w tzw. "kiczki", już przed samą wojną modne było "jojo", a jesienią podczas kopania ziemniaków- kartofli - palenie ognisk i pieczenie kartofli. Co roku za ogrodem moich dziadków, na polu kartoflisku odbywał się ten ceremoniał. Radia w tamtym czasie były rzadkością, szczególnie lampowe i tylko u najbogatszych, radia na słuchawki i na kryształek były bardziej dostępne dla mieszczan lubaczowskich. Tak samo posiadanie telefonu było rzadkością, mieli go tylko nieliczni, jak lekarze czy adwokaci lub ważni urzędnicy. Aparat telefoniczny posiadał z boku małą korbkę, którą trzeba było pokręcić, aby uzyskać połączenie z centralą telefoniczną na poczcie. Dopiero wtedy uzyskiwano połączenie z potrzebnym numerem. Gazety też były dla bogatszych ludzi. Czuło się bardzo różnicę pochodzenia społecznego pod każdym względem i trwał utajony konflikt pomiędzy bogatymi a biednymi.
         Kiedy przyjeżdżał pociąg na stację w Lubaczowie, obojętnie czy ze strony wschodniej czy zachodniej, zawsze przed stacją czekało kilka żydowskich fiakrów, tj. zwykłych wozów, które posiadały siedzenia. Tylko wyjątkowo był zamawiany powóz, który był już bardziej komfortowy, na resorach, z budą w razie deszczu. Oczywiście opłata była odpowiednio droższa. Koło budynku stacji rosły duże, stare drzewa, a od strony przejazdu kolejowego na Piaski, był duży drewniany barak - magazyn, który był jeszcze w latach powojennych, oprócz tego magazynu, który jest obecnie. Za stacją od strony wschodniej była 2-piętrowa murowana wieża ciśnień, która w ruinie przetrwała do dzisiaj. Za tą wieżą był drugi przejazd przez tory dla wozów na Piaski. Rampę kolejową łączył wąski tor dla transportowych wózków z placem tartaku, gdzie ładowane były deski i przewożone do wagonów. Po ustaniu pracy w tartaku, w godzinach popołudniowych, można było sobie pojeździć na tych wózkach, oczywiście za papierosy dla pana stróża.
         Przed mostem kolejowym od strony stacji był murowany budynek zwany "sztabilką", w którym mieszkał kolejowy dróżnik pilnujący mostu. Rzeka płynąca od strony Baszni, zwana Sołotwą, jeszcze przed jej regulacją w latach sześćdziesiątych była dziko płynącą o wielu zakrętach, głęboką i piękniejszą niż dziś. Rzeka ta swoim głównym korytem przepływała bezpośrednio koło młyna, a woda jej spiętrzona poruszała dużą turbinę, która w efekcie wytwarzała prąd elektryczny dla miasta. To spiętrzenie wody przed młynem tworzyło wielką i głęboką "śluzę" o stromym piaskowym zboczu od strony miasta, gdzie prawie nad sam brzeg tej "śluzy" wychodził piękny, sosnowy lasek na wzgórzu. Lasek ten przetrwał do lat pięćdziesiątych po wojnie, potem został zniszczony. W lasku były okopy żołnierzy w 1939 roku. Na tę "śluzę" przed wojną przychodzili amatorzy dobrej kąpieli, gdyż głębokość wody tam sięgała kilku metrów, co było powodem wielu utonięć, szczególnie młodzieży. Młyn był bardzo duży, dwupiętrowy, bardzo pożyteczny dla miasta, został spalony w marcu 1946 roku. Następnie po wielu latach został odbudowany w mniejszym zakresie i zamieniony na budynek mieszkalny.
         Z innych zwyczajów panujących dawniej w zimie podczas świąt Bożego Narodzenia, było chodzenie kolędników po domach w całym mieście. Kolędnicy chodzili z "Gwiazdą", we wnętrzu której paliła się świeczka i oświetlała tę gwiazdę. Kolędnicy poprzebierani przedstawiali scenę śmierci króla żydowskiego Heroda, ściętego kosą przez śmierć. Inni kolędnicy chodzili z szopką i śpiewali kolędy. Tradycja ta miała swój urok na tle małego miasteczka. Również była duża różnica w ubiorach mieszkańców miasta i wsi. Wieś ubierała się bardziej z ludowa podkreślając swój folklor. Jeszcze Jednym ze starych zwyczajów było klękanie ludzi na ulicy, gdy szedł ksiądz do chorego - umierającego ze św. Sakramentami, a przed nim szedł mały chłopiec, który dzwonkiem dawał znać o powadze chwili. To był bardzo często spotykany widok.
         Był w Lubaczowie stary budynek, parterowy, drewniany, przy małym wale, tj. ul. Piłsudskiego dzisiaj, po którym pozostał pusty plac, naprzeciw apteki. Budynek ten był dość długi, zwany "Czytelnią polską". Obok tego budynku rosły duże, stare drzewa. Ściany budynku były pomalowane na barwę żółtego ugru. W jego wnętrzu od strony ulicy była duża sala widowiskowa ze sceną i zapleczem, natomiast z prawej strony budynku były pokoje, w których mieściła się biblioteka i wielotysięczny zbiór książek. Przy wejściu do budynku, po kilku kamiennych schodkach z prawej strony mieściła się kasa, gdy odbywały się różnego rodzaju przedstawienia i inne imprezy. Nad wejściem do głównej sali był balkon, który jeszcze powiększał ilość miejsc na sali, gdzie znajdowały się krzesła i zwykłe, proste ławki bez oparcia. Przed wojną biblioteka wypożyczała książki, a w sali widowiskowej stale odbywały się różne imprezy. W lecie 1939 roku występował na scenie tej sali prestidigitator, który pokazywał różne sztuczki budzące podziw. Potem mówili o nim ludzie, że to był szpieg. Budynek ten został rozebrany w latach sześćdziesiątych.
         Przed wojną wszystkie nawierzchnie jezdni ulic i dróg były wykonane z drobnego kamienia, dlatego też posiadały dużą ilość różnej wielkości dziur, w których stała woda po deszczu, a jazda po takiej drodze była trudna, bo bardzo trzęsło. Nawierzchni asfaltowych przed wojną w mieście nie było. Przy końcu ul. Zamkowej, tj. 3 Maja, po prawej stronie przed mostem była stara targowica, z murowaną budką z filarami i fantazyjnym dachem, w której to znajdowała się waga do ważenia sprzedawanych zwierząt podczas targu. Równocześnie było to miejsce postoju dla furmanek, które przyjeżdżały każdego dnia do Lubaczowa. Po takim to Lubaczowie chodziłem później z blokiem rysunkowym i malowałem.
         Z ferii zimowych w Lubaczowie wróciłem do Rzeszowa w pierwszych dniach stycznia 1939 r. Rok ten rozpoczął się pod wrażeniem zajęcia Austrii przez wojska hitlerowskie w marcu 1938 r., pogromów żydowskich od listopada 1938 r. (tzw. "Kryształowe Noce") oraz wkroczenia wojsk polskich na Zaolzie w październiku 1938 r. Kolejną sensacją dla społeczeństwa było ostateczne zajęcie całej Czechosłowacji w marcu 1939 r. Natomiast napastliwa pod adresem Polski mowa Hitlera w dniu 28 kwietnia 1939 r. wywołała już prawdziwą psychozę wojenną.
         Wtedy nikt z nas nie wiedział, że już w kwietniu 1939 Hitler nakazał rozpoczęcie przygotowań do napadu na Polskę, a dzień tego ataku wyznaczył na 26 sierpnia.
         W Rzeszowie w szkole, do której uczęszczałem, 5 maja 1939 r. około godz. 11-tej nagle przerwane zostały wszystkie lekcje, a dyrektor Rudolf Auriga zarządził wyprowadzenie wszystkich klas na korytarz szkoły, gdzie znajdował się głośnik radiowy. Transmitowane było przemówienie ministra spraw zagranicznych Józefa Becka z Sejmu w Warszawie. Minister Beck dał odpowiedź na antypolską, napastliwą mowę Hitlera, zawarty z Polską pakt o nieagresji został już wcześniej wypowiedziany. My uczniowie staliśmy parami w korytarzu słuchając takich słów ministra, jak: "Polska nie zna pokoju za wszelką cenę, a honor jest nade wszystko". Zajęty nauką w szkole i malowaniem w domu, nie bardzo przejmowałem się tym wszystkim, choć ludzie coraz bardziej mówili o zbliżającej się wojnie.
         W połowie czerwca nastąpił powrót z wiosennych manewrów garnizonu rzeszowskiego. Przemarsz kolumn wojskowych odbywał się opodal naszej szkoły przy ul. Langiewicza. W tym celu wystawione były trybuny. Na jednej z nich stała generalicja odbierająca defiladę wojskową, a obok na drugiej trybunie stali attache wojskowi różnych państw. Tam po raz pierwszy zobaczyłem hitlerowskich, sowieckich, japońskich oficerów, którzy bez żenady robili sobie notatki, co bardzo oburzało ludzi. Po raz pierwszy też zobaczyłem oddziały zmotoryzowane - czołgi, a na niebie nisko przelatujące nowoczesne już samoloty.
         W trzeciej dekadzie czerwca pojechałem z rodzicami do Częstochowy, a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się 2 dni w Krakowie, gdzie zwiedziłem Muzeum Narodowe w Sukiennicach, Dom Matejki i inne wystawy malarstwa. Wrażenie kolosalne. Na trzeci dzień, kiedy już odjeżdżaliśmy z Krakowa do Rzeszowa, pociąg stał dość długo w Płaszowie i tam zobaczyłem na stacji kolejowej, na bocznym torze, pociąg pancerny w całej swej okazałości i groźbie. Tym widokiem byłem zachwycony, po powrocie do domu rysowałem i malowałem ten pociąg wielokrotnie.
         Na wakacje, jak zwykle, przyjechałem do dziadków do Lubaczowa. W przeciwieństwie do Krakowa, gdzie panował już duży ruch na kolei i czuć było zbliżającą się wojnę, w Lubaczowie panował błogi spokój. Lato 1939 roku było piękne, upalne, dużo rysowałem i malowałem już olejnymi farbami, i tymi zajęciami pochłonięty byłem bez reszty. Dopiero na początku 3 dekady sierpnia nastąpiło poważne zaostrzenie sytuacji politycznej. Po drugiej stronic ulicy, naprzeciwko naszego domu dziadków, u piekarza Piotra Białozorskiego, stało na parterze w oknie radio lampowe, duże, a przy murze okna gromada Żydów, którzy słuchali przemówienia Hitlera, bo Żydzi rozumieli po niemiecku. Hitler okropnie krzyczał, wrzeszczał, po tylu latach jeszcze do dziś słyszę ten krzyk. Żydzi byli wstrząśnięci tą mową, a do mego dziadka Franciszka Lady jeszcze tego samego dnia sąsiad Żyd Jankiel Nadel i jego żona Tauba powiedzieli: "Panie Lada, wojna wisi nad nami w każdej już chwili". Wtedy III Rzesza zawarła już z Sowietami pakt przeciwko Polsce. W różnych punktach miasta pojawiły się plakaty ostrzegające przed szpiegami. Na płocie koło kościoła wisiał taki plakat z namalowanym dużym uchem i napisem: "Uwaga! szpieg węszy i podsłuchuje". Inny afisz przedstawiał obraz - fotomontaż, samoloty, czołgi, armaty, żołnierzy w hełmach i napis: "Silni, Zwarci, Gotowi". Jeszcze inny afisz przedstawiał samoloty, ludzi w maskach gazowych i napis LOPP. Wojną już bardzo "powiało". Do dziadków przychodził Michał Łoziński - Ukrainiec, mieszkał za miedzą naszego ogrodu. Ten Łoziński przyjaźnił się z dziadkami, miał zawsze świeże i ważne wiadomości. Wtedy przyszedł i powiedział: "Franciszku, trzeba się śpieszyć i zabezpieczyć wszelką żywność, bo będzie ogień". Przy mnie to mówił. Drugim sąsiadem był Żyd Natan Korman, krawiec z liczną rodziną. W jego piętrowym domu na I piętrze miał prywatną kasę p. Szurmiński. Jeszcze przed moim wyjazdem z Lubaczowa do Rzeszowa, do drzwi tej kasy szturmował tłum ludzi domagając się zwrotu pieniędzy - oszczędności. Dla wszystkich pieniędzy nie starczyło, był więc wielki lament, krzyki i złorzeczenia.
         Od zimy 1938/39 był duży napływ Żydów z Niemiec do Polski. Wielu z nich przyjechało także do Lubaczowa i od nich właśnie Żydzi w Lubaczowie wiedzieli dobrze co ich czeka i co ich może spotkać. Choć był jeszcze spokój, zaczęli chować ze swoich sklepów towary i przygotowywać się do wojny.
         W związku ze zbliżającym się rozpoczęciem roku szkolnego, dla mnie już w gimnazjum, 27 sierpnia wracałem z matką Bronisławą do Rzeszowa. Pociąg, który jechał z Rawy Ruskiej do Rzeszowa nie był jeszcze przepełniony, ale w Rzeszowie na stacji kolejowej i na ulicach panował już duży ruch. Budynek gimnazjum zajęty przez wojsko i tłum rezerwistów, była już pierwsza mobilizacja wojskowa. Wojsko w hełmach na ulicach i motocyklach. Wszystkie sklepy spożywcze oblężone, masowe wykupywanie żywności. Panika wśród cywilnej ludności w związku z przewidywaną wojną gazową. Ludzie wykupywali specjalne tampony przeciwgazowe, maski gazowe były tylko dla wojska. Na szybach okiennych mieszkań zaczęli ludzie naklejać na krzyż paski papieru, zapobiegać wypadaniu szyb w czasie bombardowania, tak zalecała instrukcja obrony przeciwlotniczej. W nocy obowiązywało już częściowe zaciemnienie okien, ponieważ Rzeszów należał do COP-u ( Centralny Okręg Przemysłowy). Były tu Zakłady PZL i Cegielskiego produkujące samoloty i sprzęt wojskowy. Od dnia 26 sierpnia w całym kraju wojsko postawione było w stan pogotowia. Na dachach najwyższych domów i koszar ustawione były ciężkie karabiny maszynowe oraz przeprowadzane próbne alarmy lotnicze. Wycie syren alarmowych potęgowało jeszcze bardziej psychozę wojenną. Ojciec mój twierdził, że miasto z chwilą rozpoczęcia wojny będzie bombardowane jako jedno z pierwszych.
         W Tarnowie na stacji kolejowej, 28 sierpnia, dywersanci zdetonowali bombę. Było dużo zabitych i rannych. Niebezpiecznie było teraz jechać koleją, ponieważ jednak matka miała bardzo zły sen o naszym rzeszowskim mieszkaniu, postanowiliśmy jechać do Lubaczowa w dniu 30 sierpnia. Na stacji w Rzeszowie z największym już trudem dostaliśmy się do pociągu, ze Śląska i z zachodnich części kraju uciekały tłumy ludzi na wschód, wojna psychologiczna już się rozpoczęła na skutek dokonywania aktów sabotażu przez dywersantów z V kolumny. Z wielkim trudem dojechaliśmy do Lubaczowa, a w Lubaczowie był zupełny spokój Dopiero 31 sierpnia zostały rozlepione afisze o powszechnej mobilizacji wojskowej.
         W piątek l września 1939 roku dzień był piękny i słoneczny. W Lubaczowie działała już cywilna obrona przeciwlotnicza, rozległo się pierwsze wycie syreny alarmowej jako próbny alarm. Straż obywatelska z opaskami na rękawach w czasie takiego alarmu wypędzała wszystkich ludzi z ulic do domów, do schronów-piwnic, ale ludzie na ulicach wcale nie chcieli ich słuchać. Takie samo, jak w Rzeszowie było wykupywanie żywności. Na rynku koło starostwa gromadzili się powołam rezerwiści, na targowicy koło rzeki chłopi prowadzili konie, które miały być przekazane dla wojska. W mieście została zorganizowana kompania Obrony Narodowej z ochotników Związku Strzeleckiego oraz z uczniów Liceum, około 100 osób. Byli tam m. in. Michał Argasiński (mieszkający za koszarami), 3-ch braci Zatheyów-Zdzisław, Wacław i Mietek, Bronek Maciejewski, Wacław Hercog, Stanisław Jagodziński, Mieczysław Piątek, Józef Ratowski, Dziunek Argasiński, Tadeusz Tabaczek, Zbyszek Argasiński (syn Ignaca), Jan Ruebenbauer. Bronisław Dorota, Stanisław Dudek i wielu innych. Do obowiązków kompanii należała ochrona punktów strategicznych w mieście, jak: stacja kolejowa, mosty, młyn-elektrownia, magazyny, koszary. Dowódcą tej KON był por. rez. Furtek z Oleszyc, a jego zastępcą nauczyciel z Lubaczowa, por. rez. Józef Argasiński (Bałanda). Kompania prowadziła również obserwację nieba, włączając syreny alarmowe w wypadku pojawienia się obcych samolotów. Punkty obserwacyjne znajdowały się na dachach w rynku, w koszarach, na stacji kolejowej, na wieży kościelnej itd. Na stacji kolejowej pełniły dyżury panie z PCK, ofiarnie niosąc pomoc podróżnym uciekinierom: Helena Markiewicz-Olejnik, Maria Argasińska - nauczycielka, Janina Fela, Janina Argasińska, Janina Cieplicka i wiele innych.
         W niedzielę 3 września rozeszła się wiadomość, że Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Hitlerowi, z czego szczególnie cieszyli się Żydzi.
         W poniedziałek 4 września dowiedzieliśmy się od znajomych, że minionej nocy wyszło z koszar wojsko, przez pola udało się na stację kolejową. Żołnierze zostali załadowani do wagonów pociągu, który odjechał w kierunku Jarosławia.
         Od niedzieli słychać było dudnienie samolotów, które przelatywały bokiem koło miasta oraz dalekie odgłosy, jakby detonacji. Jak później dowiedzieliśmy się, to właśnie od 3 września były już bombardowane miasta i szlaki komunikacyjne Rzeszowa, Jarosławia, Przemyśla, Rawy Ruskiej. Od 5 września przestały docierać do Lubaczowa gazety, nie było ich w sprzedaży, a pracownicy poczty mówili o braku łączności telefonicznej z innymi miastami. To dywersanci z V-tej kolumny niszczyli linie telefoniczne. Już nie tylko pociągi przepełnione były uciekającymi, ale coraz bardziej pełne uciekinierów były drogi. Ulica Kościuszki pełna była aut ciężarowych, osobowych, wozów konnych, wielu uciekało rowerami, a nawet na piechotę, wszyscy w kierunku na wschód. Wielu z nich zatrzymywało się, prosząc o jedzenie. Coraz częściej wyła syrena alarmowa, zapowiadająca zbliżanie się do miasta obcych samolotów. W nocy obowiązywało całkowite zaciemnienie miasta. W tych dniach więcej przebywałem na ulicy niż w domu, bo trudno było w domu usiedzieć, jak tyle się dookoła działo. W rynku coraz więcej pojawiało się policji, ewakuowanej z zajętych przez wojska niemieckie części kraju, jadącej dalej na wschód. Podczas ogłaszanych alarmów lotniczych nie wszyscy chronili się do piwnic, wielu stało i obserwowało niebo, ciekawość była silniejsza niż strach. Matka mówiła, że po ulicach chodzą różni urzędnicy, co oznaczało, że nie ma już administracji i normalnego urzędowania.
         W środę 6 września, około godziny 15-tej, wyszedłem z domu na ulicę i doszedłem do rynku, gdzie przebywało dużo różnych uciekinierów. Następnie ulicą Mickiewicza (Kolejową) przeszedłem do stacji kolejowej. Na stacji stały 2 pociągi osobowe pełne uciekinierów. W niektórych wagonach były wybite szyby, a na ścianach wagonów liczne ślady-dziury po odłamkach bomb. Jeden pociąg właśnie już odjeżdżał. Wszędzie głośne wołanie i krzyki, ogromny bałagan, bieganina dookoła tych pociągów. Na drugim bocznym torze stal pociąg towarowy, a w otwartych drzwiach też ludzie-cywile. Na stacji był punkt sanitarny i wydawanie posiłków dla uciekinierów. W poczekalni stacji również pełno ludzi, siedzieli i leżeli na podłodze, to chorzy i ranni, z bandażami na głowach i rękach. Nagle usłyszałem jak jeden z kolejarzy zawołał, że pociągi muszą natychmiast odjechać, bo słychać warkot samolotów i mogą bombardować stację. Natychmiast zacząłem oddalać się od stacji i kiedy byłem kilkadziesiąt kroków od budynku, rzeczywiście usłyszałem głuchy warkot samolotu. Przyśpieszyłem jeszcze kroku, przystanąłem pod płotem tartaku, od strony stacji kolejowej, patrząc w górę. Nisko płynęły białe chmury, tzw. cumulusy i nagle bardzo nisko, pomiędzy stacją a tartakiem, z jednej białej chmury wyłonił się czarny samolot z dobrze widocznym znakiem białego obramowania, które tworzyło czarny krzyż. Po raz pierwszy zobaczyłem z tak bliska hitlerowski samolot. Momentalnie schował się w następną białą chmurę i znikł. Leciał od strony wschodniej na zachód. Wracając do domu, usłyszałem jeszcze daleki pomruk innych samolotów przelatujących gdzieś daleko od miasta.
         W czwartek 7 września, od godzin przedpołudniowych, znów były alarmy lotnicze. Od znajomych dowiedzieliśmy się, że Kraków i Tarnów zostały już zajęte przez wojska hitlerowskie, że front kieruje się na Rzeszów, a wraz z nim coraz większe tłumy uciekinierów, policji i jakichś luźnych oddziałów wojskowych. W mieście po rynku chodziły patrole żandarmerii wojskowej w hełmach, zatrzymywały i legitymowały wojskowych. Groźnie to już wszystko wyglądało. Wszystkie sklepy były już zamknięte, tylko jedna piekarnia Białozorskiego piekła chleb i sprzedawano go w sklepie przy piekarni. Tworzyła się kolejka po chleb. Narasta napięcie nerwowe. W domu już nie można wysiedzieć ani chwili. Rozeszła się pogłoska, że starosta i burmistrz szykują się do wyjazdu, że byli na plebanii pożegnać się z proboszczem, ludzie widzieli. Rozpowszechniane były różne plotki, mające powodować panikę wśród ludności cywilnej, to dywersanci z V kolumny siali panikę, aby jak najwięcej ludzi uciekało. Chodziło o to, aby wojsko nie mogło się na drogach swobodnie przemieszczać w swoim celu.
         Około godziny 15-tej po południu znowu zawyła syrena, byłem na podwórzu naszego domu, gdy nagłe usłyszałem głuche dudnienie samolotów. Czarne, na niedużej wysokości, nadleciały od strony południowej, było ich kilka, zamiast lecieć dalej, jak w poprzednich dniach, zaczęły krążyć nad miastem. Jeden z tych samolotów znajdował się nad stacją kolejową, właśnie patrzyłem na niego, gdy nagle zobaczyłem, że jakiś czarny przedmiot oderwał się od niego i usłyszałem dziwny szum, gwizd i dudnienie, jakby po blasze naszego domu. Potężna eksplozja wstrząsnęła powietrzem, a w rejonie stacji kolejowej wyrósł wielki słup czarnego dymu. Byłem już na balkonie domu. Za tym pierwszym wybuchem następne, nie tylko koło stacji, ale już znacznie bliżej rynku. Równocześnie usłyszałem od strony rynku pojedyncze strzały karabinowe. Jak się potem dowiedzieliśmy, to z karabinów, z ulicy koło rynku, strzelali jacyś wojskowi i policjanci do samolotów. Oczywiście nic nie mogli zrobić samolotom, ale to było tak odruchowe i zrozumiałe. Po niedługim czasie, po tym pierwszym bombardowaniu samoloty odleciały, by po dłuższej chwili ponownie wrócić i znowu zrzucać kolejne bomby. Pierwszy nalot trwał około 15-20 minut. Jak się później dowiedzieliśmy, ta przerwa w nalocie była powodem zrzucenia również przez te samoloty bomb na Cieszanów i Oleszyce, ale tylko w małym stopniu. Kiedy upadły pierwsze bomby na miasto, wielu ludzi zaczęło uciekać z miasta na łąki, nad rzekę, inni kryli się w piwnicach domów murowanych. Byli pierwsi zabici i rani. Koło stacji kolejowej bomba trafiła w stojące tam wozy wojskowe, byli zabici żołnierze, padły też konie. Odłamkami bomb również zostali zabici i ranni uciekinierzy, którzy znajdowali się na stacji oraz na przyległych ulicach. Powstała wielka panika w mieście, nikt nie był już pewny swego życia. Tak przyszła wojna do Lubaczowa 7 września 1939 r.
         Kiedy ochłonęliśmy po pierwszym nalocie, około godziny 18 wyszedłem na ulicę i do rynku. Wielu uciekinierów ulokowało się na wewnętrznej stronie placu kościelnego, pod murem ogrodzenia i pod dużymi drzewami, które zawsze rosły dookoła kościoła. Jak się dowiedziałem, dużo z nich schowało się do kościoła w przeświadczeniu, że na kościół bomby nie upadną. W rynku już nie biwakowali, jak poprzednio. Z plebanii księża również schowali się do zakrystii kościelnej podczas tego pierwszego nalotu. Wtedy wraz z matką przebywałem w mieszkaniu, bojąc się nawet wyjść do piwnicy, mającej oddzielne wejście od podwórza, gdyż od padających bomb na wszystkie strony leciały śmiercionośne odłamki. Natomiast do naszej piwnicy schroniło się dużo ludzi zaskoczonych bombardowaniem na ulicy. Do budynków murowanych uciekli również ludzie ze swoich drewnianych domów, które nie dawały żadnego schronienia od bomb.
         Kiedy nalot ustał i samoloty odleciały, ponownie tłum uciekinierów ruszył ulicami na wschód. Ci, którzy uciekali pieszo, dźwigali duże walizki, paczki, tobołki, nawet w wózkach dziecięcych wieźli swój mizerny dobytek. Jeszcze tego samego dnia przed wieczorem odbył się pośpiesznie pogrzeb zabitych, którzy nie byli mieszkańcami Lubaczowa. Ranni zostali przewiezieni do miejscowego szpitala, gdzie lekarze Kruczek i Leszczyński opiekowali się nimi. Mimo, że na miasto spadło dużo bomb, ani stacja kolejowa, ani magazyny nie zostały trafione. Bomby upadły dookoła stacji i na plac tartaku z drewnem, opodal rynku koło sądu na jezdnię, na ul. Piłsudskiego, tzw. Mały Wał przed czytelnią polską, w próg domu Bolesława Kosiora oraz na tyły koszar. Most kolejowy, który był bombardowany nie został trafiony. W naszym domu od strony zachodniej wyleciały szyby z okien. Zrozumieliśmy, że od tego dnia miasto będzie dalej bombardowane, tym bardziej, że od 7 września przez Lubaczów zaczęło się przemieszczać coraz więcej luźnych formacji wojskowych, taborów, policji, całymi oddziałami na wschód. W tej sytuacji wielu mieszkańców podjęło decyzję przeniesienia się z miasta na okoliczne wioski, z dala od głównych dróg i kolei. W nocy z 7 na 8 września, kiedy było jeszcze ciemno, przed świtem, matka spakowała walizkę i wozem ruszyliśmy do Młodowa. Jeszcze kilka innych wozów z ludźmi jechało z nami na wieś i byliśmy już za miastem, jeszcze było ciemno, kiedy w świetle księżyca zobaczyłem jakichś ludzi, idących poboczem drogi w stronę miasta. Było ich dużo, szli "gęsiego", byli to sami mężczyźni, nieśli zwinięte worki, drewniane pały. siekiery i szli do miasta kiedy my z niego uciekaliśmy. Widok był niesamowity. Kiedy dojechaliśmy do środka wsi, było już widno. Usłyszałem lekki warkot samolotu, nagle nisko nad wioską pojawił się jednopłatowy samolot, który nadleciał od strony południowej. Był to polski samolot zwiadowczy - szybko zniknął za horyzontem. W Młodowie zatrzymaliśmy się u miejscowych gospodarzy.
         W piątek 8 września opodal Lubaczowa kilkakrotnie przelatywały w kierunku wschodnim samoloty hitlerowskie, ale dopiero przed południem nad Lubaczów nadleciały 3 klucze czarnych samolotów. Po krótkim krążeniu nad miastem znów rozległy się potężne detonacje, wybuchy kolejnych bomb. Byliśmy w Młodowie, a więc 2 kilometry od celu bombardowania, staliśmy pod drzewami i jak w teatrze mogliśmy obserwować co się dzieje. Nie było potrzeby chować się, ponieważ nad samą wioskę samoloty nie nadlatywały, niemniej jednak było to ciężkie przeżycie, bo cały czas miałem świadomość, że w Lubaczowie pozostali jednak dziadkowie. Do wioski zaczęło z miasta napływać coraz więcej uciekinierów, w tym znajomi Żydzi, którzy opowiedzieli, jak nad ranem, kiedy jeszcze było ciemno, chłopi rozbijali sklepy, rabowali towar, a broniących swego mienia pobili.
         Tego dnia w godzinach popołudniowych był drugi nalot na Lubaczów. Podczas wybuchu bomb jedna detonacja była szczególnie silna, nawet tak daleko odczuliśmy jej podmuch. W Młodowie również powstała panika, kiedy jeden z samolotów zniżył lot. W pewnym momencie zaczął strzelać z karabinu maszynowego do ludzi znajdujących się na łąkach, między wsią a miastem. W tym czasie na łąkach pasły się krowy, pilnowane przeważnie przez dzieci. W tej sytuacji już i na wsi nie można było czuć się bezpiecznym. Jak dowiedzieliśmy się później, tą bardzo silną detonacją było trafienie bomby w wagon kolejowy transportu wojskowego z amunicją, znajdującego się na bocznym torze już za samą stacją kolejową. W tym czasie do nas do Młodowa przyjechał na rowerze ojciec, aby się pożegnać. Powodowany ogólną psychozą wojenną, uciekał na rowerze na wschód z innymi ludźmi.
         Tego samego dnia, 8 września jeszcze jedno wydarzenie miało dla mnie wielkie znaczenie. Wojska niemieckie były już niedaleko Rzeszowa, gdzie znajdowało się nasze mieszkanie przy ul. Skarbowej 8, przed samą wojną przemianowaną na ulicy gen. Orlicz-Dreszera. Naprzeciw tego domu, w którym mieszkaliśmy, znajdował się duży magazyn tytoniowy, który został otwarty dla mieszkańców miasta, aby uniemożliwić zabranie cennego towaru przez Niemców. Ogromny tłum ludzi zgromadzonych przed tym magazynem zabierał całe kartony papierosów i tytoniu, a nadlatujące w tym czasie nad Rzeszów samoloty, widząc takie zbiorowisko ludzi, zaczęły ich bombardować. Jedna z bomb uderzyła w sam środek kamienicy, powodując całkowite zburzenie całego domu, w którym znajdowało się nasze mieszkanie. O tym fakcie dowiedzieliśmy się dopiero po wkroczeniu wojsk hitlerowskich do Lubaczowa, od uciekinierów z Rzeszowa. Przepadł cały dorobek rodziców z wielu lat. Już na samym początku wojny, tracąc mieszkanie i wszystkie rzeczy jakie są potrzebne do życia, zostaliśmy bezdomnymi, nie licząc dziadków w Lubaczowie, ponieważ do Lubaczowa przyjechaliśmy tylko z jedną walizką, kiedy było jeszcze lato. Teraz to dwukrotne bombardowanie 8 września Lubaczowa rodziło nową obawę. Nie mieliśmy żadnych wiadomości co się tam stało, dlatego też w sobotę 9 września wybrałem się do Lubaczowa w towarzystwie jeszcze jednego mieszkańca z ul. Kościuszki, który mieszkał naprzeciwko cmentarza - Sławka Kłosa. Już na drodze widok z poprzednich dni, tłumy uciekających na wschód, pieszo, wozami, autami, i coraz więcej wojskowych, policji, kolejarzy, a my idziemy naprzeciw tej fali. Na dziedzińcu koszar jacyś wojskowi i cywile, wozy, auta, z bramy do miasta wyjechał na motocyklu żandarm w hełmie. Na ulicy pełno śmieci, papierów, tylko przy płocie domu Dudy stali jego mieszkańcy patrząc na ulicę. Z tłumu uciekających stale ktoś wpadał do pobliskich domów, prosząc o żywność, raczej bezskutecznie. Już żadna syrena nie wyła, mimo że samoloty niemieckie przelatywały obok miasta, nie było ogłaszania alarmów, wszystkie druty na słupach elektrycznych poprzecinane przez dywersantów, zwisały na chodnik, na jezdnię.
         Po odwiedzeniu w domu dziadków, bardzo przygnębionych i wystraszonych, poszedłem do rynku korzystając z chwilowego braku samolotów nad miastem. W rynku, w żydowskich sklepach drzwi porozbijane, a przed starostwem (obecny ratusz) i obok następnego narożnego budynku policji, sterty papierów, połamane krzesła i masa innych śmieci. Jacyś cywile kręcą się, to wchodzą, to wychodzą, a obok w budynku szkoły powszechnej też dużo uciekinierów, a nawet kobiet z małymi dziećmi. Studnia w rynku oblężona. Jedni stoją z garnuszkami po wodę, inni obok myją się, grupa policjantów zamiejscowych stoi z rowerami, policjanci pytają mnie, którędy to droga na Lwów. Będąc w rynku usłyszałem jak ludzie mówili, że Niemcy są już pod Warszawa, a może już nawet Warszawę zajęli, tego nikt dokładnie nie może tutaj wiedzieć. Dowiedziałem się również, że złapano jakiegoś szpiega, ale nie wiadomo było co się z nim stało. Najbardziej byłem zdziwiony tym, że koło żydowskiej synagogi było aż czarno od Żydów, tak ich było dużo. Stali i coś głośno rozprawiali w swoim języku, dziwiło to, że nie uciekli z miasta przed bombardowaniem.
         Kiedy wróciłem do domu dziadków, zastałem tam sąsiada Żyda, który miał sklep żelazny i nazywał się Kienig, mówił on: "panie Lada, jest już bardzo źle, Hitler się pcha już na stolicę, co to będzie?". Gdy tak siedzieliśmy w domu, nie było słychać czy lecą samoloty, tylko nagle od strony rzeki, jak cmentarz, targnęły powietrzem potężne eksplozje. Gdy wybiegłem z domu, aby przejść do piwnicy, zobaczyłem 2 czarne samoloty tuż nad naszym domem, i zaraz dudnienie, świst i kolejne eksplozje. Cała piwnica trzęsła się od tych wybuchów. Ten nalot trwał dłuższą chwilę, a gdy samoloty odleciały znad miasta, to znów usłyszeliśmy za chwilę wybuchy bomb gdzieś daleko, jak Bałaje, czy jeszcze dalej. Jak się później okazało, to ulicą Kościuszki jechały w stronę koszar tabory wojskowe i one właśnie miały być celem nadlatujących samolotów, szczęśliwie jednak bomby nie trafiły w tabory na ulicy, lecz spadły na łąki tuż przy cmentarzach. Pozostały po nich leje, wszystkich 11, w tym 3 bardzo duże. Dowiedziałem się również jakie bombardowanie było gdzieś daleko od Lubaczowa. Wtedy to samoloty na torze kolejowym koło Baszni dopadły jadący transport wojskowy i bombardowały go, nie trafiając jednak w wagony, bomby upadały obok pociągu na pola. Po ostatnim bombardowaniu znowu byli ranni od odłamków bomb. Po nalocie udałem się ponownie do Młodowa, gdzie przebywała matka. Na wsi od miejscowych dowiedzieliśmy się, że ktoś z Młodowa, do tych przelatujących samolotów dawał jakieś sygnały lusterkiem, jak również za pomocą białego płótna wieszanego na płocie lub rozścielonego na trawie. W tym czasie wszędzie było dużo szpiegów i dywersantów.
         Panująca od l września piękna pogoda słoneczna sprzyjała wszystkim działaniom lotnictwa nieprzyjacielskiego, a 10 września po raz pierwszy od 3 dni Lubaczów nie był bombardowany. Natomiast około południa od strony południowo-wschodniej nisko nad domami nadleciał polski samolot jednopłatowy, wywiadowczy, na którego skrzydłach dobrze było widać biało-czerwoną szachownicę. Samolot ten zniknął na zachodnim horyzoncie. Jeszcze tego dnia dowiedzieliśmy się od uciekających ludzi, że wojska hitlerowskie zajęły Jarosław i osiągnęły rzekę San. Coraz więcej wojska było na wszystkich drogach. Przez Młodów też zaczęli przejeżdżać, niektóre wozy zatrzymywały się na odpoczynek i pojenie koni. Na wojskowych wozach siedzieli i leżeli ranni żołnierze, pozawijani w okrwawione bandaże. Dopiero po wojnie dowiedziałem się z książek, dlaczego to w niedzielę 10 września czarne samoloty nie latały tak, jak w poprzednich dniach. W tym to właśnie dniu całe hitlerowskie lotnictwo zostało rzucone do bombardowania wojsk polskich w bitwie pod Kutnem i nad Bzurą, gdzie armia generała Kutrzeby zadała wojskom Hitlera duże straty.
         Korzystając z tego, że w niedzielę nie było bombardowania, a czarne samoloty nawet nie przelatywały nad miastem, jeszcze w godzinach przedpołudniowych, razem z matką poszliśmy do Lubaczowa do domu dziadków. Na drodze było już mniej uciekających cywilów, natomiast więcej było wojska. Nie były to jakieś luźne poszczególne grupy, ale oddziały wojskowe z wozami konnymi, w autach i na motocyklach. Wielu z jadących było w hełmach, co wyglądało bardziej groźnie. Jak się dowiedzieliśmy, w mieście nie działały już żadne urzędy, nie było światła elektrycznego, wieczorem, w domu świeciliśmy lampę naftową. Jakiś dziwny strach panował na ulicy, dookoła kręcili się jacyś obcy ludzie. Stali mieszkańcy, bramy i furtki na swoje posesje pozamykali na łańcuchy i kłódki. Były wieści o jakichś rabunkach i napadach, całą noc z niedzieli na poniedziałek ludzie nie spali, czuwali przy swoich domach. Sąsiedzi Żydzi zbierali się grupami na swoich podwórkach, głośno zawodzili i modlili się przy świecącym księżycu. Mężczyźni mieli zarzucone na ramiona białe w czarne pasy "sztramały", a na głowach przytwierdzone małe klocki-pudełeczka, w których znajdowało się 10 boskich przykazań Mojżesza. Podczas modlitwy widok to był osobliwy, kiedy wszyscy kiwali się do przodu. Na ulicach nie było żadnej straży obywatelskiej, jedynie chodziła jeszcze żandarmeria wojskowa. Nie odważyłem się już chodzić po rynku. Dywersanci z V kolumny celowo rozpowiadali różne nieprawdopodobne, okropne wiadomości, aby wywołać panikę wśród ludności, zmuszając tym ludzi do ucieczki i pozostawiania swoich domów oraz całego dobytku. Nastał bardzo niebezpieczny i trudny czas.
         Poniedziałek rozpoczął się słoneczną pogodą, był to już 11 dzień września. Nie wiedzieliśmy co robić, czy będzie nowe bombardowanie miasta? Gdyby doszło do boju między wojskiem polskim i niemieckim, to w Lubaczowie jest choć dom i piwnica murowana, a w Młodowie drewniane domy i strzechy. Wydarzenia potoczyły się prędzej, niż spodziewaliśmy się. Nagłe usłyszeliśmy groźne dudnienie samolotów, było to jeszcze przed południem. Nie czekając ani chwili, zeszliśmy do piwnicy i zaraz rozpoczęły się detonacje spadających bomb. W takich okolicznościach czas szczególnie się dłuży, trudno więc powiedzieć jak długo to trwało, ale był moment, że myśleliśmy o śmierci, ponieważ bomby upadały już bardzo blisko. Cała piwnica trzęsła się, przez otwarte okienko wpadał do wnętrz gorący podmuch razem z masą pyłu, kurzu i ten przeraźliwy świst lecących bomb. Kiedy nalot ustał i wyszliśmy z piwnicy, zobaczyłem, że wszystkie szyby z okien zostały wybite, a drzwi, które były zamknięte zostały wyrwane. Pobiegłem do ogrodu, aby stamtąd zobaczyć, jakie szkody powstały. W bardzo bliskiej odległości od naszego ogrodu i budynku gospodarczego, z którego dachu została częściowo zerwana blacha, zobaczyłem czerniące się kopce ziemi, których przedtem nigdy nie było. To były krawędzie lei po bombach. Było ich dużo, mogłem je policzyć dopiero wtedy, kiedy już front przeszedł na wschód za Lubaczów, po dwóch dniach. Naliczyłem tych głębokich lei po bombach 16, w niedużych od siebie odległościach i jakby w jednej linii. Prawdopodobnie bomby te przeznaczone były na ul. Kościuszki, między odcinkiem: kino Markiewicza, a ul. Kopernika. Piloci na Polsce dopiero nabierali doświadczenia i dlatego bomby przeznaczone na ul. Kościuszki, być może nawet na dom dziadków, upadły o kilkadziesiąt metrów dalej na pola. To właśnie zdecydowało, że w niedługim czasie, ponownie udaliśmy się z matką do Młodowa. Kiedy byliśmy już w Młodowie, tego samego dnia, tj. 11 września po południu nastąpił drugi nalot, i znów miasto zostało obrzucone bombami.
         Noc, jaka nadeszła z poniedziałku na wtorek, była bardzo niespokojna. Z daleka od strony Lubaczowa bez przerwy słychać było ogromny szum motorów. To przez Lubaczów wycofywały się przez ul. Zamkową i Ostrowiec na Budomierz, Niemirów i dalej na wschód polskie wojska zmotoryzowane, druga część tych wojsk przez ulicę Kościuszki, szosą obok Młodowa, na Basznię i dalej. Rano we wtorek 12 września w Młodowie zatrzymały się wozy wojskowe, było ich kilka, żołnierze odpoczywali, karmili konie. W tym czasie byłem z matką w Burgau - tak nazywała się ta część wioski. Żołnierze z tych wozów bardzo się niepokoili, że mogą nie zdążyć odjechać przed nadchodzącymi Niemcami. Chcieli już odjeżdżać, ale ich oficer siedział sobie w domu, niby "romansował" z dziewczynami, celowo utrudniając im wyjazd, mimo że żołnierze chodzili do niego i ponaglali do wyjazdu, on się wcale nie śpieszył. To trwało jakiś czas, aż około godziny 9 nadleciały czarne samoloty i zaczęły strzelać z karabinów maszynowych do wszystkiego, co tylko się ruszało na ziemi, a następnie znowu zaczęły bombardować Lubaczów. To trwało już niedługo, samoloty odleciały i nastąpiła pozorna cisza. Nagle usłyszeliśmy wielki szum motorów i zgrzyt gąsienic. To szosą koło Młodowa jechało wojsko. W pierwszym momencie nikt nie wiedział jakie, aż nagle jakiś chłop biegnie i woła: "Niemcy jadą". Wielu ludzi zaczęło biec poprzez podwórza w kierunku szosy na Basznię, aby samemu zobaczyć ten widok. Wtedy nie pobiegłem z tymi ludźmi do szosy.
         Wkrótce doszliśmy do przekonania, że bombardowania już nie będzie, skoro wkroczyli Niemcy, należało więc wracać do Lubaczowa. Tak też w kilka osób wyszliśmy z wioski do drogi, która w tym, czasie była pusta, bo pierwsze wojska już przejechały. Kiedy szliśmy drogą, przy Żelechówce nadjechali motocykliści, Niemcy, z dużą szybkością, było ich kilku. Nie wiedzieliśmy jak się zachować, czy iść dalej, czy zejść z drogi na pole, ale to byłoby jeszcze gorzej. Idziemy więc dalej drogą do miasta. Byliśmy już w niedużej odległości od koszar, gdy usłyszeliśmy ogromny szum, łomot, jazgot gąsienic. Z daleka od strony ul. Kościuszki ukazał się ogromny żółty tuman kurzu, a w nim jakieś czarne sylwetki. Nie było już mowy o żadnym uciekaniu w bok od drogi, po-prostu stanęliśmy w miejscu za rowem drogi, matka trzymała mnie za rękę. Za moment wyrosły przed nami ciemne stalowe potwory, czołgi niemieckie. Jadący Niemcy widzieli, że są to cywile (cztery kobiety), więc przejechali koło nas, jakby nas nie widzieli i nie strzelali. Było 7 tych czołgów, pod ich ciężarem ziemia trzęsła się jak galareta, a my tym widokiem staliśmy jak sparaliżowani. Był to niesamowity widok i wielkie przeżycie. Przejeżdżając, stali w otwartych wieżyczkach, a my patrząc na nich byliśmy zupełnie oszołomieni. Przejechali szybko, dopiero za nimi jechały auta z wojskiem, z przyczepionymi z tylu do tych aut niedużymi armatkami. Minęło już tyle lat, a ja jak wtedy dalej widzę te potwory. Szliśmy dalej. W koszarach byli już Niemcy, chodzili koło budynków, sprawdzając czy kogoś tam nie ma. Idąc już ul. Kościuszki, trzeba było ciągle uważać, bo po chodnikach jeździli Niemcy na motocyklach, ponieważ drogą w stronę Młodowa jechały stale różne auta wojskowe, dlatego też w przeciwną stronę motocykliści jechali tylko po chodnikach, a my musieliśmy ciągle schodzić na pobocze chodnika. Bez przerwy musiałem oglądać się do tyłu, aby zdążyć uskoczyć na bok przed jadącym z dużą prędkością motocyklem. Byliśmy już naprzeciw cmentarza żydowskiego, kiedy zobaczyliśmy nieprawdopodobny widok. Chodnikiem w stronę koszar szedł żołnierz niemiecki w hełmie z karabinem i niósł dużą brązową walizę skórzaną, a obok niego z prawej strony towarzyszył mu wyprostowany polski oficer. Zdumienie nasze było ogromne, coś niewiarygodnego. Kiedy mijaliśmy ich, zobaczyłem, że ten oficer ma 3 gwiazdki na granatowym otoku czapki rogatywki, a nie czapki polowej, jaką mieli w czasie wojny oficerowie polscy, usłyszałem też, że mówią po niemiecku. W domu powiedziała mi matka, że ten oficer w polskim mundurze musiał być szpiegiem, dywersantem w wojsku polskim.
         Całe miasto było jakieś szare, pokryte kurzem i pyłem od tych bomb. Tego dnia przez okno z domu dziadków widziałem na ulicy tylko wojsko niemieckie, którego coraz więcej przybywało do miasta. Nikt z ludności cywilnej nie odważał się wychodzić na ulicę. Później dowiedziałem się, że zaraz po wkroczeniu Niemców do Lubaczowa, tj. we wtorek 12 września, w centrum miasta stały czołgi, a hitlerowcy chodzili i wyłapywali mężczyzn na zakładników, których trzymali na rynku. Mieli oni być rozstrzelani w przypadku ostrzelania wojska przez mieszkańców. Wśród tych pierwszych zakładników byt Kazimierz Kosior, krawiec zamieszkały przy ul. Unii Lubelskiej. Później zakładnicy zostali zwolnieni. Przybywające do miasta wojsko zajmowało większe podwórza, lokując na nich swoje wojskowe auta (na naszym podwórzu stanęły 2 auta), zajmując również gdzie się dało mieszkania na kwatery. W godzinach przedwieczornych na pola pomiędzy ul. Kopernika a drogą tartaczną (ul. Słowackiego), tam gdzie było tych 16 lei po bombach, zajechało dużo wojska niemieckiego, wóz z armatami ciągnionych przez potężne konie. Oddział tego wojska zajął obszar pola blisko naszego ogrodu, tam rozstawili namioty i przez całą noc z wtorku na środę palili ogniska. Ogień zagrażał budynkowi na naszym ogrodzie, z którego to powodu moi dziadkowie przez całą noc nie spali.
         W godzinach rannych w środę niemiecka artyleria odjechała. Poszedłem wtedy za ogród na pole zobaczyć leje po bombach, w których leżały duże świecące się jasnym metalem odłamki. Dookoła leżało dużo śmieci, papierów, kawałków gazet, blaszanych puszek po konserwach. Gdy tak chodziłem, zobaczyłem nagle jakiegoś młodego mężczyznę, który też chodził i jakby czegoś szukał, trzymając w ręku worek, czasem schylał się, podnosił coś i chował do worka. Kiedy był blisko mnie, spytałem go czego szuka, a on nic na to nie odpowiedział, tylko popatrzył na mnie złym okiem. Dopiero w lecie w 1941 roku po przejściu frontu, kiedy znajdując się koło koszar, znowu zobaczyłem tego mężczyznę szukającego czegoś po polu, razem z drugim mężczyzną, skojarzyłem obydwa zdarzenia. Jak się później dowiedziałem od Tadzika Tabaczka, szukali oni porzuconej przez wojsko broni. Nie wiedziałem kim byli, bo nie słyszałem, żeby coś mówili do siebie.
         W środę 13 września, przed południem poszedłem z matką do kościoła. Przed bramą na tzw. cmentarzu kościelnym stał żołnierz hitlerowski na warcie, a dookoła kościoła pod drzwiami stały auta wojskowe.
         W nocy ze środy na czwartek, tj. z 13 na 14 września, wielka łuna rozjaśniła miasto, to paliły się obydwie synagogi żydowskie oraz drewniane budynki sąsiadujące bezpośrednio z nimi. Przez jeszcze długi czas pod murem spalonej synagogi, od strony ulicy, leżała blaszana pusta beczka po benzynie, która wznieciła pożar. Już 13 września koło kościoła, w rynku koło sądu zostały rozlepione afisze z zarządzeniem wojskowych władz niemieckich, że pod karą śmierci należy oddać wszelką broń i inne wojskowe przedmioty, oddać wszystkie odbiorniki radiowe, że zabrania się wszelkich powyżej 3 osób zgromadzeń ludzi, wprowadza się godz. policyjną od zmroku do godziny 6 rano. Żydom nie wolno prowadzić żadnego handlu, nie wolno im chodzić po chodnikach, tylko jezdnią, muszą nosić opaski z gwiazdą Dawida. Po ulicach w dzień i w nocy krążyły wojskowe patrole w hełmach. Wszystkie sklepy, jakie byty w mieście były nieczynne, porozbijane, obrabowane. Kto nie posiadał zapasów żywności, był w tragicznym położeniu. Sąsiedzi pożyczali sobie wzajemnie sól, zapałki, naftę itp. Ponieważ od wybuchu bomb w całym prawie mieście zostały powybijane szyby w oknach, okazało się, że zdobycie ich było prawie niemożliwe, dlatego też okna były szklone z kawałków szkła, a nie całych szyb.
         Niemcy dla swoich potrzeb zajęli budynek szkoły powszechnej w rynku, budynek starostwa, policji i sądu-poczty, a w szpitalu przebywali ranni żołnierze niemieccy.
         Za magazynem stacji kolejowej, na bocznym torze stały rozbite wagony kolejowe, a pomiędzy stacją kolejową a płotem placu tartaku pozostał lej po bombie o największych rozmiarach na terenie miasta. Miał kilkumetrową głębokość i średnicę blisko 10 metrów. Również za torem kolejowym, od strony wschodniej, naprzeciw domu nauczyciela Marcinka, były dwa leje kilkumetrowej głębokości. Na terenie całego miasta znajdowało się kilkadziesiąt tych lei po bombach.
         Jedynym dostępnym miejscem dla ludzi był kościół, do którego nie zdejmując czapek, wchodzili Niemcy. Po ulicach ludzie prawie nie chodzili, a jeśli już ktoś szedł to z dużą obawą, że może już nie wrócić do domu. Po nocnym pożarze synagog Żydzi prawie nie wychodzili z domów, tylko się modlili, palili świece i mocno zawodzili. Od czwartku, od południa słychać było jakieś dalekie od czasu do czasu detonacje z armat, czy odgłosy bombardujących samolotów. Teraz nad Lubaczowem stale przelatywały niemieckie samoloty na wschód. Samolot z ładunkiem bomb ciężko dudnił lecąc na wschód, natomiast warkot samolotów wracających już na zachód, nie obciążonych, był całkiem inny. W czwartek, kiedy znajdowałem się na polu za naszym ogrodem, nagle tuż nad samymi domami nadleciał od strony wschodniej samolot bombowy w bardzo bliskiej odległości, byłem tak zaskoczony, że tylko stałem i patrzyłem. Zobaczyłem bardzo wyraźnie pilotów w kabinie, samolot przeleciał nade mną z przenikliwym rykiem motorów, leciał prosto w kierunku rynku, wtedy zobaczyłem, ze z jednego skrzydła wydobywa się czarny dym. Gdy samolot zniknął za horyzontem miasta, zrozumiałem, że się pali. Wrażenie było kolosalne zobaczyć takiego potwora nad sobą, z tak bliska, mimo wszystko było to fascynujące, tyle ton żelaza w powietrzu, ta wielka technika, dzieło umysłu i rąk człowieka. Byłem pod tak wielkim wrażeniem tego widoku, że nie potrafiłem o niczym innym myśleć, ani nic robić. To było moje wielkie przeżycie, już drugie z rzędu od widoku tych czołgów we wtorek, jak wracaliśmy do miasta po jego zajęciu przez Niemców. Po tych silnych emocjach stała się dziwna rzecz, przestałem się bać. Kiedy w piątek rano usłyszałem szum motorów i chrzęst gąsienic, pobiegłem do furtki na ulicę, aby zobaczyć jeszcze raz czołgi. Od strony miasta nadjechały potężne, czarne od kurzu, ze stojącymi w wieżach żołnierzami, i znów trzęsła się ziemia pod moimi nogami, warkot motorów ogłuszał, stałem z zapartym tchem, patrzyłem na potęgę techniki. Takich silnych emocji miałem jeszcze więcej podczas minionej wojny. Jeszcze tego samego dnia zobaczyłem po raz pierwszy niemieckie auto z kilkoma żołnierzami w zielonych, trawiastego koloru mundurach, których wieźli Niemcy do miejscowych koszar. To byli jeńcy, żołnierze polscy. Na ulicach miasta bez przerwy był wielki ruch wojskowych aut, motocykli, aut pancernych, a czasem i czołgów. Pojazdy gąsienicowe powybijały ogromne dziury w jezdni, zniszczyły drogi.
         Od piątku 15 września, od strony zachodniej, a potem i północno-zachodniej, coraz częściej było słychać detonacje, czy też wybuchy granatów, a w dniu 16 września również strzały karabinowe i broni maszynowej. Toczyła się już regularna bitwa wojsk niemieckich z wojskiem polskim, początkowo gdzieś daleko, a potem coraz bliżej, jak Futory i las dachnowski. Coraz więcej wojska niemieckiego przejeżdżało przez miasto. Do Lubaczowa znów przybliżał się front. Wśród wojskowych aut niemieckich coraz częściej pojawiały się ambulanse wojskowe z dużym czerwonym krzyżem na białym tle. Szkoła powszechna w rynku została zamieniona na niemiecki szpital wojskowy, w którym potem zobaczyłem też polskich rannych żołnierzy, w szpitalu miejskim nie było już miejsca, tylu było rannych, Niemcy na wieży kościelnej urządzili swój punkt obserwacyjny i wtedy już nikogo nie puszczali do kościoła. Nad miastem i okolicą stale latały 2 samoloty niemieckie, jednopłatowe, zwiadowcze, zwane przez Niemców "Storch" (bocian). W nocy, gdy przejeżdżały ulicą niemieckie czołgi, to cały dom trząsł się tak, że dziwiłem się, jak te cegły jeszcze to wszystko wytrzymują. W tych dniach wojsko niemieckie zajęło pozycję na zachodnio-północnych obrzeżach miasta od strony Oleszyc, Futor i Dachnowa. Wszystkie drogi obstawione były wojskiem i nikt nie mógł ani wyjechać, ani przyjechać do miasta. W tym okresie lubaczowski szpital znajdował się w dużym lasku sosnowym, który po wojnie, w jego większej części, został wycięty. Ten cały las dookoła szpitala był zapełniony wojskiem niemieckim, a na obrzeżach wałów, okalających dzielnicę Piaski, były stanowiska karabinów maszynowych. Z końcem września, kiedy się tam znalazłem, były jeszcze ślady tych stanowisk, tego pobytu wojska. Odgłosy bitew od strony Futor i Dachnowa cichły i wygasały od niedzieli, 17 września. Od tego czasu ulicą Kościuszki w stronę koszar zaczęły maszerować kolumny polskich żołnierzy-jeńców wojennych. Widok był okropny, zarośnięci na twarzy, brudni od ziemi, na której leżeli, zmęczeni ze spuszczonymi głowami, a nade wszystko głodni. Ludzie, gdy przechodzili, rzucali chleb do kolumny, żołnierze chwytali ten chleb, powstawał zator na drodze, a Niemcy strzelali do góry, krzyczeli "raus-loss" i bili kolbami karabinów. Jak się okazało, jeńcy ci nie byli trzymani w koszarach, tytko pod gołym niebem, dzień i noc przez 4 dni. Przez 3 dni nie otrzymali nic do jedzenia, ani nawet wody. W tym czasie noce były już zimne, nawet padał deszcz. Idealna pogoda w pierwszej połowie września skończyła się, deszcz padał na jeńców siedzących i leżących na gołej ziemi, obstawionych dookoła strażami wojskowymi. Którejś nocy podczas próby ucieczki zostało zastrzelonych dwóch żołnierzy. Jeńcy polscy szli również od strony południowej miasta przez ulice Ostrowca i ul. Zamkową (3-go Maja). To trwało kilka dni.
         Wojna powoli cichła, bo i z miasta wyszło już dużo wojska, i samoloty już tak nie latały jak poprzednio. W tym to czasie miał miejsce pogrzeb sierżanta wojsk polskich Juliana Kartasińskiego, który został zabity w lesie koło Lubaczowa, przez Niemców. Rodzina przywiozła zwłoki wozem do miasta. Na cmentarzu odbył się pogrzeb, kiedy jeszcze Niemcy prowadzili jeńców do koszar. Ludzie szli na ten pogrzeb, ja również poszedłem z matką. Przed spuszczeniem trumny do grobu, żona Michalina Kartasińska życzyła sobie otworzyć trumnę. Widok zabitego był straszny, twarz i ręce miał zmasakrowane, mundur skłuty bagnetem, krew. Była przy tym też jego córka Lidia, po mężu Wlazło. Wszyscy byli głęboko wstrząśnięci widokiem tego makabrycznego mordu. Sierżant ten był kasjerem pułkowym. W tym samym czasie, kiedy szliśmy z matką na pogrzeb i musieliśmy przejść przez jezdnię, aby się dostać na cmentarz, Niemcy pędzili całą jezdnią wielką masę jeńców. Chcąc wejść na cmentarz, musieliśmy przejść przez maszerujących jeńców, czekając na jakąś dogodną przerwę w tych kolumnach. Nadszedł jeszcze ksiądz i kilka osób z rodziny zmarłego. W pewnym momencie, kiedy zbliżył się konwojujący tę kolumnę Niemiec, w jego obecności ksiądz pierwszy, a my wszyscy za nim, weszliśmy w tę maszerującą kolumnę. Nie było to bardzo bezpieczne, ponieważ w kolumnie trochę się "zamieszało", ale Niemiec na szczęście nie reagował, więc mogliśmy przejść do bramy cmentarza. Wtedy zobaczyłem, że korzystając z tego, pod naszą osłoną, razem z nami przedostało się na cmentarz kilku żołnierzy-jeńców. Pochyleni rzucili się pod mur cmentarny od strony ulicy, który całkowicie zasłaniał wszystkich. Razem z księdzem poszliśmy ścieżką do góry, gdzie stoją kaplice, a ci jeńcy pochowali się między grobami i krzewami, których nie brakowało. Po pogrzebie również wyszliśmy z cmentarza z księdzem, ale wtedy wartownik szedł od strony bramy cmentarza i nikt już z idących jeńców nie mógł uciec. Ci, którym udało się wtedy uciec musieli chyba czekać, do nocy, aby potem wydostać się z cmentarza. Jeńcy byli dla nas oznaką kończącej się kampanii. Za kilka dni, tj. od 20 września powtórzył się widok pędzonych jeńców, ale w kierunku przeciwnym, od koszar do miasta. Jak się później dowiedziałem, jeńcy ci byli pędzeni piechotą do Jarosławia. Szli znów przez 2 dni takimi grupami, a było to w piątek 22 września, kiedy razem z dziadkiem składaliśmy ziemniaki do piwnicy. W pewnej chwili jakiś wysoki Niemiec wszedł na naszą posesję kierując się do ubikacji w podwórzu. My dalej zajęci byliśmy naszą pracą, W pewnej chwili jeniec z idącej kolumny wbiegł na nasze podwórko i wpadł bezpośrednio na powracającego Niemca. Zamarliśmy z przerażenia, że ten Niemiec może zastrzelić jeńca-uciekiniera, ale strażnik nawet nie zdjął karabinu, tylko wrzasnął: "raus". Nieszczęsny jeniec wybiegł na ulicę i dołączył do kolumny. Długo nie mogłem ochłonąć po tym zdarzeniu.
         Stopniowo zaczynali powracać cywile, uciekinierzy z pierwszej dekady września. Wyglądają okropnie, wygłodniali, wynędzniali, brudni, odarci z resztek mienia, jaki mieli przy sobie uciekając na wschód. Wielu z nich zostało okradzionych, wielu zginęło od kul i bomb na drogach, wielu przepadło bez wieści. Gromadzą się koło kościoła, szukając jedzenia na plebanii, choćby kawałka chleba. Niektórzy chorzy, nie mają już sił iść dalej do swoich domów i miast. Teraz żałują, że dali się ponieść panice i posłuchali kłamliwej propagandy wroga. Teraz zrozumieli, że to właśnie przez nich wojsko nie mogło swobodnie i skutecznie przemieszczać się na drogach, zgodnie z planem wojskowym. Wojna psychologiczna, to nowa broń w tej wojnie, którą Hitler skutecznie zastosował, najpierw przeciw Polakom, a później powtórzył ją równie skutecznie podczas agresji na Francję w 1940 r. Mimo, że posiadanie odbiorników radiowych zagrożone było przez Niemców karą śmierci, niektórzy ludzie mieli jednak dalej radia, z których doszła wiadomość, że w pierwszych dniach III dekady sowiecka Armia Czerwona przekroczyła wschodnią granicę Polski, jest już pod Lwowem, następna wiadomość, że Niemcy nie zdobyli Lwowa, że 22 września został zajęty przez Sowietów. Jeszcze jedna wiadomość, że Warszawa broni się dalej, a boje trwają jeszcze gdzieś w powiecie tomaszowskim na północny-wschód od Lubaczowa.
         Tymczasem ojciec mój powrócił ze swej uciekinierki, już bez roweru i zaraz pojechał do Rzeszowa, aby zobaczyć co stało się z naszym mieszkaniem. Za dwa dni wrócił. W Rzeszowie widział zbombardowany dom w centrum miasta, w którym mieszkaliśmy. Wszystko zostało spalone, nie pozostało nic, tylko zgliszcza. Wtedy 8 września zginęło też bardzo wiele ludzi, którzy schronili się przed bombardowaniem w bramie tego domu. Tak więc sen mojej matki na 10 dni przed tym wydarzeniem spełnił się w pełni. Są takie sny wieszcze, ale nie wszyscy ludzie mogą je mieć.
         Od 24 września coraz mniej Niemców było widać na ulicach miasta. W poniedziałek 25 września ojciec wybrał się o Cieszanowa, które było jego rodzinnym miastem. Tegoż też dnia dowiedzieliśmy się, że Niemcy wynoszą się ze wszystkich dotychczas zajmowanych kwater. Od dwóch dni nie było już także jeńców. Po tym wszystkim, co przeżyliśmy od 7 września, nastał jakiś dziwnie podejrzany spokój, ale i niebezpieczny czas "bezkrólewia". Powracający uciekinierzy ze wschodu mówili, że teraz nowa fala ludzi ucieka przed Sowietami na zachód, którzy zajmują coraz większy obszar kraju i coraz bardziej zbliżają się. Najlepiej wszystko wiedzieli Żydzi, jakby odżyli, zaczęli chodzić po ulicach wierząc, że nic im już nie grozi. Wieczorem sąsiad Żyd powiedział do dziadków: "Idzie do nas Czerwona Armia", był bardzo uradowany.
         Był znowu wtorek, 26 dzień września, pełne dwa tygodnie jak do Lubaczowa wkroczyli Niemcy. Rano wyszedłem na ulicę i spotkałem Bolka Małeckiego, który mówił mnie, abym poszedł z nim pod spichlerz zobaczyć co się tam dzieje, gdyż Niemcy pozostawili go otwartym. W spichlerzu gromada ludzi zbiera zboże rozsypane z dziurawych, czy też popękanych worków. Stałem z boku i patrzyłem na tych zbierających. Nagle ktoś krzyknął, że od Ostrowca jedzie jakieś wojsko na koniach. Teraz już wszyscy stali i patrzyli. Rzeczywiście, jedzie konnica, powoli, ale jakoś "dziwnie" jak na wojsko polskie wygląda. Gdy już podjechali blisko spichlerza, zobaczyłem na dziwnych czapkach z czubami czerwone gwiazdy. Jadący na przedzie oficer podjechał do nas i pytał: "Kakoj gorod". Wtedy jeszcze nie znałem języka rosyjskiego, ale inni odpowiedzieli mu, że Lubaczów. Patrzył na swoją mapę i znowu mówi: "Kak wasze dieło" - co wy tu robicie? Odpowiadają mu inni, że zbierają zboże. Wtedy zaczął krzyczeć "nielzia", to jest zboże państwowe, to zboże należy do Armii Robotniczo-Chłopskiej; wszyscy pójdziemy do "tiurmy". Wszyscy zaczęli uciekać, wtedy zaraz postawili swoją wartę przy spichlerzu. Przez ulicę Rejtana przybiegłem do domu. Była godzina 10 przed południem, stałem przy furtce i widziałem z daleka, jak konnica jechała do rynku. Po dłuższej chwili zobaczyłem, że naszą ulicą jadą tabory wojskowe w kierunku koszar. Wtedy Żydzi wylegli masowo na ulice i wiwatowali na cześć wkraczających, a córka sąsiada Żyda obrzucała ich kwiatami i wolała: "Nasze wojsko jedzie", ku naszemu największemu zdumieniu, bo nie wiedzieliśmy, że Żydzi mają w Związku Sowieckim, mieszkając w Lubaczowie, własne wojsko. Wozy tego taboru były inne niż wozy wojska polskiego, czy niemieckiego, bardzo płytkie, o dużych kołach, a siedzący na nich żołnierze - to Azjaci o skośnych oczach. W stosunku do wojska niemieckiego wyglądali znacznie gorzej, a ich azjatyckie twarze budziły przerażenie. Zaraz tego dnia młodzi Żydzi utworzyli milicję i chodzili z czerwonymi opaskami na ramieniu po ulicach. W dniu tym Lubaczów znalazł się na styku dwóch największych armii Europy; armii Hitlera i armii Stalina.
         Rozpoczęła się nowa ciężka okupacja naszego miasta. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jakie plany mają Sowieci w stosunku do miejscowej ludności. Po zajęciu Lubaczowa wojsko sowieckie dojechało aż pod Cieszanów i na Czereśniach razem z Niemcami ustanowili granicę. W ten sposób droga z Lubaczowa do Cieszanowa została zamknięta. Jak się później dowiedziałem, te pierwsze wojska - to byli właśnie pogranicznicy, którzy z miejsca obstawiali cały teren granicy, dlatego byli na koniach, bo mogli swobodnie poruszać się po polach i całym terenie przygranicznym. Ludzie z Lubaczowa, będący tam w tym czasie, nie mogli już wrócić. W ten sposób ojciec mój na kilka lat pozostał w Cieszanowie, Z każdym dniem i nocą coraz więcej wojska sowieckiego napływało do Lubaczowa, najwięcej nocą, żeby ludzie nie widzieli co się dzieje. Po zajęciu koszar przez to nowe wojsko, ich oficerowie, komandiry, zaczęli zajmować kwatery po domach. Na kwatery wprowadzili ich nowi milicjanci, miejscowi. Na wzgórzu zamkowym pozostawały jeszcze w pełni do użytku pomieszczenia tzw. "winkla", tak w mowie potocznej Lubaczowianie nazywali ten budynek. Żyd plenipotent, który tam mieszkał razem z rodziną, uciekł z wojskiem polskim w kierunku Lwowa. Kwaterowali tam jedną noc polscy oficerowie przed wkroczeniem Niemców. Niemcy również zajęli w tym budynku kwatery, a w parku pod starymi, wielkimi drzewami stały ich wojskowe auta. Wycofując się w trzeciej dekadzie września z Lubaczowa, zabrali i wywieźli meble oraz cenniejsze rzeczy. Ludzie miejscowi też tam coś niecoś zabrali, ale budynek nadawał się jeszcze do zamieszkania. Teraz zajęli go oficerowie sowieccy i zaczęli z miasta zwozić łóżka, stoły, krzesła, zabierając je tzw. burżujom, których wskazywali milicjanci. Polskie wojsko motorowe, wycofując się 11 września na wschód, pozostawiło przy wjeździe na teren zamku, tankietkę na gąsienicach, która zdemontowana leżała tam do 1941 r. Za wojskiem i komandirami zaczęły przyjeżdżać ich rodziny - "żinki". Ich komandiry musieli u Żydów kupować dla nich buty, aby mogły wyjść ze stacji.
         Nowe władze wydały zarządzenie, aby wszyscy urzędnicy wrócili do swojej pracy. W ten sposób łatwo uzyskali rozeznanie o każdym co robił i czym się zajmował. Na przykład właścicielowi kina Markiewiczowi nakazali, aby kino było czynne dla ludności, wtedy przyszli, zabrali klucze od kina i właściciela pozbawili jego własności. Te ostatnie wrześniowe dni przeznaczyli na rozeznanie przekroju socjalnego ludności. W budynku Stiglitza na ul. Kolejowej zainstalowali słynne NKWD, stawiając wartę od ulicy, i od ogrodu. Budynek ten był postrachem dla mieszkańców miasta przez blisko 2 lata. Po kilku dniach od wkroczenia nowych okupantów, został zorganizowany tzw. "miting". Prowadzący ten miting zapisywali nazwiska, by mieć "haka" na tych, co ośmielili się zlekceważyć nową władzę. Poszedłem tam z matką i dowiedziałem się, że zostaliśmy oswobodzeni przez gierojów radianskoho sojuza od burżujów, kapitalistów i krwiopijców, z czego musieliśmy się cieszyć. Od pierwszej połowy października nastąpiły już pierwsze aresztowania tych krwiopijców, oczywiście wszystko nocą.
         Nauka szkolna rozpoczęła się 15 października. Naukę rozpocząłem w gimnazjum, ale wkrótce gimnazjum zostało przemianowane na szkołę typu "dziesięciolatka". Na głównym miejscu w klasie wisiały duże portrety, w środku Stalin, z lewej Mołotow, z prawej Woroszyłow, a nie żadni burżuje przedwojenni. To był sam "roboczyj kłas", zbawiciele ludzkości. Dyrektorem naszego oddziału szkoły był p. Lipiński, języka rosyjskiego uczyła towarzyszka Ludmiła Bulba, języka ukraińskiego p. Lewicki, historii starożytnej p. Feder, mojego przedmiotu, tj. rysunków i malarstwa p. Iwan Żuk, który studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie jeszcze przed wojną. Poza normalnymi zajęciami prowadził jeszcze tzw. "kółko plastyczne", na które pilnie chodziłem. Ten nauczyciel docenił moje zdolności i zapraszał mię do swojego rodzinnego domu, aby pokazać swoje obrazy, książki malarskie, bardzo dla mnie cenne. Udzielał mi również ważnych wskazówek malarskich, a ja co tydzień przynosiłem mu moje prace malarskie do korekty. Nie mogłem przeżałować tego, że na wiosnę 1941 roku został aresztowany przez NKWD razem z wieloma mieszkańcami miasta. W 1942 roku poszedłem specjalnie do jego rodzinnego domu zapytać o niego. Nigdy już nie wrócił. To był bardzo zacny człowiek i zdolny malarz.
         W domu dziadków przed wojną mieszkał dyrektor gimnazjum Witold Nowak. Wyjeżdżając na wakacje w 39 r., na skutek wybuchu wojny do Lubaczowa już nie powrócił. Po kilku dniach, po wkroczeniu Sowietów miejscowi milicjanci przyprowadzili sowieckiego pułkownika do domu dziadków, który rozkazał wyważyć drzwi do pokoju, gdzie mieszkał dyr. Nowak, sprowadził wojskowe auto ciężarowe i dzielni "bojcy" zabrali wszystkie rzeczy p. Nowaka. Mojej matce, która próbowała oponować, pułkownik powiedział, że Nowak byt kontrrewolucjonistą, czyli wrogiem ludu, że oni Nowakowie mieli tylko same "krepdeszyny i atłasy", w zamian Związek Sowiecki ma "litaki i tanki". Wobec takich argumentów nie mieliśmy nic do gadania. Na to puste mieszkanie sprowadził się kapitan Ludwik Ostrowiński z rodziną, mieszkający przed wojną w Lubaczowskich koszarach. Po kilku dniach po wprowadzeniu się, przyprowadzone w nocy przez miejscowych milicjantów, NKWD aresztowało kapitana. Do jednego pokoju od ulicy sprowadził się pracownik NKWD nazwiskiem Pełepnoj, wraz z żoną, który chodził tylko po cywilnemu.
         W ślad za wojskiem zaczęło przyjeżdżać coraz więcej cywilnych urzędników, którzy sprawowali wszystkie kierownicze stanowiska, wśród nich było dużo Żydów. Mitingi w kinie odbywały się dość często i były związane z namawianiem ludzi do przystąpienia do kołchozów jako najlepszego rozwiązania rolnictwa, namawianiem młodych ludzi do dobrowolnego wyjazdu do pracy w ZSRR, agitacją ludności do mających się odbyć wyborów do Władz Zgromadzenia Ludowego. Na liście wyborczej było tylko jedno nazwisko "wszyscy głosujemy na Nariżnego". Taki plakat wisiał na płocie koło kościoła. Dzień wyborów wyznaczony został na 22 października 1939 roku. Jeśli ktoś ociągał się z przyjściem, to milicja przychodziła go popędzić i już był zapisany jako wróg ludu. Na kartce wyborczej było tylko jedno nazwisko, imienia Nariżnego nie zanotowałem. Gdy ktoś chciał skreślić nazwisko, ci z komisji na pewno zauważyliby, po przyjściu do domu mógłby od razu pakować się do wyjazdu na "białe niedźwiedzie". To głosowanie nie miało żadnego znaczenia, bo władza i tak zrobiła, jak chciała. Oczywiście wszyscy głosowali na Nariżnego w stu procentach. Tak potem zostało to przekazane ludności.
         Tak samo jak Niemcy, również Sowieci rozmieszczali swoje wojsko na kwaterach po domach i przy okazji brali żywność od ludzi. Na naszym ogrodzie jeszcze do października stała kuchnia polowa, do której zabierali gotowe narąbane już drewno, co nie mogło budzić naszego zadowolenia. Ksiądz proboszcz Stanisław Sobczyński był wielokrotnie wzywany do NKWD w sprawach kościoła, treści głoszonych kazań i podatków. Miejscowi konfidenci donosili, że ksiądz wygłasza kazania o wieloznacznej treści, mające podnosić ludzi na duchu. Chodziło im przecież o to, aby ten duch kapitalistyczny i burżuazyjny upadł, gdyż przeszkadzał w budowaniu szczęśliwego ustroju, jaki przyniosła "Krasnaja Armia". "Nasz" enkawudzista Pełepnoj przychodził do nas od czasu do czasu na kontrolę i pytał: "Kak żywiotie?" Padała odpowiedź - "Charaszo". On pytał dalej, a jak wam się żyło przed wojną?, a my że "płocho", że kapitaliści i fabrykanci nas gnębili, ale mimo to nie dowierzał. Babcia dawała mu kubek mleka i kromkę chleba ze skwarkami, wtedy był łaskawszy. Pytał czy chodzimy do kościoła i po co, bo i tak Boga nie ma. Mówił" "Nasz najlepszy lotczyk Walery Czkałow na swoim samolocie był bardzo wysoko i żadnego Boga nie widział". Dziadkowie wtedy mówili: "Szkoda, że ten lotczyk nie podleciał jeszcze trochę wyżej, wtedy by zobaczył". Wówczas babcia musiała mu dać prędko drugą kromkę chleba i jeszcze więcej skwarków, aby załagodzić spór z władzą. Innym razem jak przyszedł, a zawsze budził najwyższe zaniepokojenie swoimi wizytami, mówił, że każdy prawdziwy patriota, sowiecki człowiek, powinien brać przykład z Pawlika Morozowa. Pytaliśmy, a czego on takiego dokonał? Otóż P. M. wydał swoich rodziców, bo byli kontrrewolucjonistami i zostali rozstrzelani - to jest jedyny przykład godny naśladowania. Tak nas ideologicznie dokształcał. Zagrożenie było ogromne, zwłaszcza, że ukochani mieszkańcy miasta na nas, na dziadków donosili, dziadek wzywany był do NKWD kilkakrotnie, celem tłumaczenia się skąd miał pieniądze, aby postawić murowany dom, gdy inni mieli tylko drewniane (sąsiedzi).
         Już od października rozpoczęto prace na torach kolejowych celem ich poszerzenia o kilkanaście centymetrów, aby dostosować do torów, jakie były w całych Sowietach. Było to podyktowane także względami wojskowymi. Również zegary - czas musiał być przestawiony o 2 godziny zgodnie z czasem, jaki panował w ZSRR. Zegarki w ogóle były przez Sowietów bardzo poszukiwane i zabierane przy każdej okazji, jak tylko się dało. Były ogromne trudności aprowizacyjne, kto nie miał czegoś swojego, pola, ogrodu - to znalazł się w ciężkiej sytuacji żywnościowej. Przed obchodami Rewolucji Październikowej, które było wtedy największym świętem, władze dostarczały nieco towarów do pożydowskiego sklepu przy ul. Kościuszki. Tego dnia poszedłem, aby coś kupić, pieniędzmi były już ruble i kopiejki. Przed sklepem kłębił się tłum ludzi, o żadnej kolejce nie mogło być mowy, bo to było zdobywanie sklepu na siłę. Był wielki krzyk. W sklepie jeśli komuś udało się coś kupić, to szczytem szczęścia było pudełko zapałek (spiczki), sól, kwaterka nafty do własnej butelki i trochę cukru. Były jeszcze małe, grube świeczki i chleb. Po wyjściu z tego sklepu pot zalewał człowieka, jak po najcięższej pracy. Gdy tylko wyszedłem z tego sklepu, rozległ się tam krzyk i wołanie o milicję. Jak się okazało, tłum napierający na ladę sklepową przewrócił ją razem ze sprzedającymi (2 osoby), a przy tym zostały wybite szyby. Milicji nie było.
         W szkole musieliśmy malować transparenty (łozunki) na uroczystości Rewolucji Październikowej. Później odbyła się akademia w byłej Czytelni Polskiej, podczas której na scenie pionierzy w czerwonych chustach dawali przedstawienie, jak to przed wojną był bardzo gnębiony prosty lud przez burżujów, obszarników i fabrykantów i jak przyszło wyzwolenie przez "Krasną Armię". Tymi pionierami niestety byli uczniowie naszej szkoły. W szkole była jedna koleżanka Krystyna K., która donosiła do Rosjanki Ludmiły Bulby spełniającej nadzór polityczny nad dyrektorem. Było takich kilka groźnych spraw, za które bardzo łatwo można było dostać się do łagru celem "resocjalizacji".
         W październiku, jeszcze przed wyborami dwie osoby, milicjant i urzędniczka (Żydówka) chodzili w całym mieście od domu do domu i spisywali wszystkich, kto mieszka, od kiedy, miejsce i data urodzenia, zawód, jaka szkoła, wykształcenie i narodowość. Po takim pierwszym spisywaniu, po miesiącu chodzili jeszcze raz i zbierali te same informacje, oczywiście celem sprawdzenia i porównania czy za drugim razem będą ludzie mówić to samo. Marny los był tego, kto zaplątał się w tych zeznaniach i zmienił je. W święto Rewolucji, uroczyście obchodzone, na wszystkich budynkach i domach pod groźbą kary musiały być wywieszone czerwone flagi. Na rynku odbywała się manifestacja ludu pracującego, młodzieży i wojska, były przemówienia władz cywilnych i wojskowych. Był jeden przez wszystkich w kółko powtarzany temat: jak to teraz muszą się czuć szczęśliwie wszyscy ludzie dobrej woli, lud pracujący, po wiekach wyzwolony od królów, kleru i wszystkich innych krwiopijców, obszarników, fabrykantów, hrabiów itp. kapitalistów. Te wszystkie powtarzające się w treści mowy musiały wywoływać zdumienie słuchających, co nie przeszkadzało nagradzać je wiwatami i gromkimi okrzykami na cześć Stalina "haj żywe!" Jak Niemcy podnosili prawą rękę na "heil", tak my podnosiliśmy prawą rękę do góry z zaciśniętą pięścią - biada tym zbójom, ciemięzcom ludu pracującego.
         W listopadzie rozeszła się wiadomość, że wybuchła wojna sowiecko-fińska, co budziło ogromne zdziwienie ludzi, podobno nawet część wojska z naszego terenu wyjechała na front fiński, tak mówiły żony komandirów. W listopadzie wszyscy stali mieszkańcy miasta otrzymali pisma urzędowe o obowiązkowych dostawach towarów rolnych i podatkach. Do miasta przychodzili ludzie ze wsi i opowiadali jaka jest sytuacja przy granicy, linii demarkacyjnej pomiędzy Niemcami hitlerowskimi a Sowietami Stalina, która oddzielała Lubaczów od Cieszanowa - najbliższych sobie miast. Dowiedzieliśmy się od nich, że wszystkie drogi w stronę granicy dzień i noc są bez przerwy kontrolowane, a granicznicy na koniach bez przerwy jeżdżą po wszystkich polach w rejonie Futor, Dachnowa, Nowego Sioła, Brusna-Podemszczyzny, od czasu do czasu słychać strzały karabinowe, szczególnie w nocy. Były już przypadki złapania i zabicia ludzi przekraczających tzw. zieloną granicę. Byli to po prostu ludzie którzy we wrześniu uciekali przed Niemcami, a teraz chcieli powrócić do swoich domów, już po drugiej stronie granicy. To była wielka tragedia tych ludzi. W samym mieście, które już leżało w strefie granicznej i było w szczególnej sytuacji pod względem przepisów bezpieczeństwa, władze były szczególnie uczulone pod tym względem, każdego mieszkańca podejrzewały, że jest imperialistycznym szpiegiem. Te podejrzenia były już nie do zniesienia, z czymś takim zetknęliśmy się po raz pierwszy i to najbardziej ciążyło, stwarzało psychozę strachu. Po ulicach i rynku stale chodzili agenci NKWD. Byli to miejscowi, którzy znali stałych mieszkańców miasta, ale gdy tylko zobaczyli kogoś obcego, zaraz go legitymowali i doprowadzali do NKWD. Takie przypadki na ulicy widziałem wielokrotnie w ciągu dnia, gdyż w nocy ludziom nie wolno było chodzić z uwagi na godzinę policyjną. Od drugiej połowy października była już w mieście zawodowa milicja sowiecka, natomiast miejscowi byli milicjanci pozostali na służbie w charakterze konfidentów, bardzo potrzebnych, gdyż znali wszystkich stałych mieszkańców. Szczególnie poszukiwani byli polscy oficerowie.
         Na ich tropienie najwięcej uwagi poświęcało NKWD oraz pracownicy urzędów, jak starostwo, sąd, milicja. Po pierwszych aresztowaniach w październiku, następowały dalsze, i tak trwało to już do końca okupacji, do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej.
         Po wyborach zostaliśmy włączeni do rodziny narodów sowieckich i decyzją Rady Najwyższej Związku Sowieckiego uznano nas, wbrew własnej woli, obywatelami sowieckimi. Do rejonów przygranicznych nie wolno było przyjeżdżać obcym osobom bez specjalnych przepustek. Lubaczów leżał już w rejonie przygranicznym, najbliższa odległość w kierunku Futor wynosiła 4 km. Żony komandirów, którzy kwaterowali po wielu domach w Lubaczowie, w chwili szczerości mówiły w tajemnicy swym gospodarzom, że prędzej czy później około 90 % mieszkańców Lubaczowa będzie wysiedlonych - wywiezionych do azjatyckiej części ZSRR. Przed samymi świętami, w grudniu 1939 roku, wszyscy gajowi i leśnicy zostali usunięci z miejsca zamieszkania, ponieważ oni znali lasy, a właśnie w lasach, a nie w koszarach zostały rozlokowane całe dywizje wojska.
         Zima 1939/40 r. przyszła wcześnie, Lubaczów tonął w ogromnym śniegu, ścisnął siarczysty mróz. Tej zimy w naszym ogrodzie zmarzły wszystkie drzewa owocowe.
         Tak skończył się tragiczny rok 1939 i pierwsze miesiące II wojny światowej. W tym czasie chodziłem do szkoły, pracowałem w domu i każdą wolną chwilę wykorzystywałem na rysowanie i malowanie, choć czas ten nie sprzyjał zajmowaniem się sztuką i malarstwem.

    Część pierwsza i druga | Część trzecia | Część czwarta


    Objaśnienia:

    1.  Marian Kopf urodził się w 1926 r. w Lubaczowie. Tutaj ukończył Liceum Ogólnokształcące, a następnie studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale Malarstwa, uzyskując dyplom w 1954 r. Był nauczycielem akademickim, długoletnim wykładowcą WSP w Krakowie, a w latach 70. również wykładowcą przedmiotów plastycznych w Instytucie Pedagogicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W ciągu 40 lat pracy twórczej artysta utrzymywał trwałą więź z Lubaczowem, rysując i malując rodzinne miasto. Bogaty zbiór prac o tematyce regionalnej artysta przekazał w darze dla Muzeum w Lubaczowie. Publikowane wspomnienia, bez zmian redakcyjnych, autoryzowane, są próbą utrwalenia, także na piśmie, indywidualnego obrazu miasta z czasów młodości artysty.

    <:: Powrót

    Do góry Wszystkie prawa zastrzeżone. All rights reserved © 2001-2007
    .